Architektura do psucia

Ostatnio określiliśmy architekturę jako pewien ład przestrzenny. Ład, który ciągle trwając przy jego informatycznym odniesieniu, może dotyczyć zarówno wnętrza mikroprocesora, jak i całej infrastruktury sprzętowej firmy.

Stanowienie takiego ładu od samego początku wydaje się względnie proste. W świecie "prawdziwej" architektury ułatwienie tego rodzaju mieli nieliczni. Swego czasu należeli do nich budowniczy nowej stolicy Brazylii, którą w latach 50. tworzono od zera, w centrum kraju, w szczerym polu. Ten swoisty eksperyment twórczy śledził wtedy cały świat i sporo miejsca poświęcała mu również nasza prasa popularnonaukowa i techniczna.

Architekci mogli tam swobodnie realizować swą wizję ładu przestrzennego, ale swoboda ta nie trwała wiecznie. Skończyła się, gdy po jakimś czasie trzeba było rozbudować czy przebudować pierwszy dom. Przy takiej okazji nagle okazywało się, że trzeba uwzględnić szereg ograniczeń narzucanych pierwotną koncepcją architektoniczną i tym, jak już wpasowała się ona w życie miasta. Nie będzie zbyt wielką przesadą stwierdzenie, że od tej pierwszej przebudowy zaczęło się psucie pierwotnej architektury tego miejsca. Psucie postępujące w miarę kolejnych zmian, które mimo ograniczeń, stopniowo rozsadzają od wewnątrz zastany ład i tworzą w jego miejsce nowy.

Sama budowla zaś, poddana iluś przeróbkom i przebudowom, w coraz mniejszym stopniu nadaje się do czegokolwiek i w którymś momencie okazuje się, że zamiast kolejny raz przebudowywać, lepiej ją zburzyć i zbudować w tym miejscu coś od nowa. A takie "nowe" zazwyczaj wyraża nowe już prądy i tendencje i z trudem wpisuje się w stare otoczenie, a gdy w końcu powstanie, powoduje w nim nieodwracalne zmiany.

Nie inaczej dzieje się w świecie architektury systemów informatycznych. Ci, którzy zajmowali się ich tworzeniem i wprowadzaniem 20, 30 i więcej lat temu, mieli swobodę niczym budowniczy Brasilii. Ale tak było tylko na samym początku, bo potem już zawsze każda kolejna zmiana to psuła. Bo nawet gdy celem zmiany jest poprawa architektury, to i tak zmiana ta pociąga za sobą niszczenie koncepcji pierwotnej.

Mój ulubiony przykład takiego scenariusza odwołuje się do przedwojennych, czy nawet XIX-wiecznych podwórek-studni, ze wszystkich stron otoczonych kamienicami (notabene jeżeli jakiś stanowczy architekt nie zahamuje żądz dzisiejszych inwestorów, podwórka-studnie niebawem u nas wrócą).

Na początku na takim podwórku było jeszcze w miarę przestronnie, bo pośrodku stał tylko murowany śmietnik. Szybko jednak, zgodnie z postulatami mieszkańców, postawiono obok trzepak do dywanów, który poza właściwym przeznaczeniem, stał się miejscem spotkań starszych dzieci. Potem do śmietnika przybudowano niewielką, drewnianą szopę na narzędzia dozorcy. Przy wolnej drugiej stronie śmietnika pojawiła się wkrótce tajemnicza buda z blachy falistej i nikt nie wiedział, do czego służy. Na koniec dozorca ustawił na swej szopie klatkę z królikami, ponad którą, na długim drągu, pojawił się jeszcze gołębnik. Nietrudno wyobrazić sobie, że całość sprawiała wrażenie kuriozalne, tak w odbiorze estetycznym, jak i pod względem funkcji pełnionych przez jej części składowe. I też była to swoista "architektura".

Czy mało jest dzisiaj środowisk informatycznych, w których działające w nich systemy tworzą coś na wzór tej przypadkowej zabudowy podwórka-studni? Poszczególne części tego środowiska pochodzą z różnych okresów, od różnych dostawców i są zbudowane z użyciem różniących się istotnie składników, a cała taka kuriozalna architektura powstawała przypadkowo i chaotycznie, psując własną, pierwotną koncepcję.

Przy nieco filozoficznym spojrzeniu jawi się więc nam ta architektura i jako siła napędowa postępu, i jako czynnik destrukcji, gdzie na przemian zdaje się dominować i chęć do utrwalania zastanego, i tęsknota za zmianą. I chyba dosyć tego filozofowania jak na jeden odcinek...


TOP 200