Aplikacje na przełomie tysiącleci

Przedstawiciele polskiej administracji państwowej nie obawiają się "syndromu roku 2000".

Przedstawiciele polskiej administracji państwowej nie obawiają się "syndromu roku 2000".

Polskie instytucje rządowe nie zajmowały się do tej pory problemem modernizacji oprogramowania komputerowego pod kątem jego prawidłowego funkcjonowania w roku 2000. Janusz Maszkiewicz, przewodniczący Rady Koordynacyjnej ds. Teleinformatyki, stwierdził jednak, że "problem jest na tyle palący, iż najpóźniej w czerwcu br. dojdzie do omówienia go na forum przedstawicieli terenowych banków danych". W Stanach Zjednoczonych koszt modernizacji administracji państwowej oszacowano na 30 mld USD.

W krajach zachodnich od dłuższego czasu narasta niepewność, czy systemy komputerowe pracujące w firmach, organizacjach i urzędach będą prawidłowo funkcjonowały po 1 stycznia 2000 r. Wiele starych aplikacji obsługuje zaledwie dwuznakowe pole roku, co spowoduje wystąpienie w tym miejscu liczby 0 i poważne zakłócenie pracy systemu, jeśli nie wręcz całkowite jego załamanie.

"Zastanawiamy się cały czas, co z tym fantem zrobić" - twierdzi Janusz Maszkiewicz, podkreślając jednocześnie, że rząd nie ma żadnych sprecyzowanych planów, co do rozwiązania tego problemu. Nikt też z ramienia administracji państwowej nie analizował, jakie będą koszty modernizacji oprogramowania oraz, ile aplikacji wymaga dostosowanie do zmiany dat na początku przyszłego stulecia. "Mam nadzieję, że nie będziemy musieli wydawać 30 mld USD" - zapewnia Janusz Maszkiewicz. Zasugerował on także, że część rozwiązań może byćć bezpośrednio przeniesiona ze Stanów Zjednoczonych, a koszty operacji można pokryć z funduszów organizacji pomocowych.

Jak wynika z analizy przeprowadzonej przez Gartner Group, ok. 30% oprogramowania pracującego dla rządu federalnego Stanów Zjednoczonych nie będzie - z braku czasu - sprawdzone pod kątem funkcjonalności w XXI w. W kwietniu br. odbyło się pierwsze, poświęcone temu problemowi przesłuchanie na forum Kongresu Stanów Zjednoczonych, w czasie którego ujawniono skalę problemu - liczbę rządowych aplikacji, które mogą nieprawidłowo funkcjonować z powodu "syndromu roku 2000", oceniono na kilkaset.

Przedstawiciele Rady sądzą, iż w Polsce działa o wiele mniej "krytycznych" aplikacji niż w USA. "Jest to problem, ale

jednostkowy" - sądzi Wacław Iszkowski, prezes Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji oraz członek prezydium Rady.

Powszechnie jest mniemanie, że wystarczy jeden rok, by sprawdzić wszystkie programy, czy prawidłowo akceptują daty od 01.01.2000 wzwyż.

Problem z rokiem 2000 jest podobny do denominacji - zauważa Janusz Maszkiewicz - z którą wszystkie systemy uporały się na czas. W ciągu czterech lat dzielących nas od przełomu tysiącleci większość systemów będzie w naturalny sposób wymieniona na ich nowsze wersje; będzie zatem okazja, aby wymóc u wytwórców oprogramowania kompatybilność ich nowych produktów z XXI-wiecznym formatem daty.

"Olbrzymia większość programów stosowanych w Polsce w rządowych systemach informatycznych ma nie więcej niż 10 lat" - zauważa Jarosław Deminet, członek Rady. Jest to sytuacja o wiele bardziej komfortowa niż w USA, gdzie pracują wciąż aplikacje powstałe przed 30 i więcej laty, napisane w Cobolu, a częściowo w asemblerze. "Nowe programy są pisane bardziej elastycznie, dzięki wykorzystaniu odpowiednich narzędzi. Myślę więc, że obawa przed "rokiem 00" jest mocno przesadzona, a u nas całkowicie nieuzasadniona. Statystyka trzyma wszystko na taśmach bez dostępu on-line, natomiast PESEL jest przygotowany" - dodaje Jarosław Deminet. Wacław Iszkowski twierdzi natomiast, że administracja powinna bardziej obawiać się wirusów, pisanych z myślą o pierwszym dniu nowego stulecia, niż zmianą dat.