Ani w sieci, ani w malinach

Jestem wdzięczny Edwinowi Bendykowi za interesujący artykuł "Mózg w malinachÓ (CW nr 2/2001), który zrodził się w reakcji na mój esej ("Mózg w sieci'', CW nr 44/2000). Ponieważ sporo czasu już upłynęło, przypomnę, że było to nawiązanie do prognozy Aruna Netravali, szefa Laboratoriów Bella. Według tej prognozy, pokolenie dziś przychodzące na świat rozpocznie dorosłe życie w rzeczywistości, w której inteligentne sieci otoczą planetę niczym skóra. Czujniki rozmieszczone wszędzie będą przekazywać wszelkie informacje wprost do sieci, jak nerwy transmitujące informacje do mózgu. To wzbierający nurt wizjonerów wieszczących powstanie kolektywnej inteligencji, sieci intercerebralnych i czego tam jeszcze...

Jestem wdzięczny Edwinowi Bendykowi za interesujący artykuł "Mózg w malinachÓ (CW nr 2/2001), który zrodził się w reakcji na mój esej ("Mózg w sieci'', CW nr 44/2000). Ponieważ sporo czasu już upłynęło, przypomnę, że było to nawiązanie do prognozy Aruna Netravali, szefa Laboratoriów Bella. Według tej prognozy, pokolenie dziś przychodzące na świat rozpocznie dorosłe życie w rzeczywistości, w której inteligentne sieci otoczą planetę niczym skóra. Czujniki rozmieszczone wszędzie będą przekazywać wszelkie informacje wprost do sieci, jak nerwy transmitujące informacje do mózgu. To wzbierający nurt wizjonerów wieszczących powstanie kolektywnej inteligencji, sieci intercerebralnych i czego tam jeszcze...

Jestem solidarny z Edwinem Bendykiem w jego sceptycyzmie co do realności takich wizji (choć nie do końca, o czym za chwilę). Autor przytacza na poparcie swych sądów wiele poważnych argumentów.

Jestem dzieckiem oświecenia i wierzę w ratio, choć nie ślepo i bezgranicznie. Nawiasem mówiąc dziwię się, że narzędzie tak funkcjonalne dla rozumu jak usieciowiony komputer, wyzwala tyle irracjonalizmu i technomistycyzmu, na których żeruje współczesna kultura popularna. Ale to inny temat.

Mamy dzisiaj powody do sceptyzmu. Ale jutro, gdy moc przetwarzania komputera wzrośnie miliardy razy? Gdy rewolucja biotechnologiczna w synergii z informatyką stworzy neuroinformatykę? Tego obaj nie wiemy i obawiam się, że nikt nie wie. Ci, którzy tak oszałamiają nas wizją machinae sapientis (Edwin Bendyk podaje ich plejadę: Gilder, Kurzweil, Negroponte, Dertouzos, Minsky - dodałbym tu jeszcze Hansa Moravca z Extropy Group i E. K. Drexlera, twórcę nanoinformatyki), świadomie czy nieświadomie wykorzystują to, że o mózgu nadal niewiele wiemy i nie jesteśmy w stanie dziś zweryfikować tych wizji. Byłbym jednak ostrożny w przewidywaniu, że nigdy nam się to nie uda.

W nauce, podobnie jak w polityce, obowiązuje zasada never say never. Poznanie struktury mózgu, a zwłaszcza wszystkich możliwych interkoneksji neuronowych na razie chyba przekracza możliwości poznawcze człowieka, nie mówiąc już o nadal niewystarczającej mocy obliczeniowej komputera. Najpotężniejszy dziś Blue Gene (moc obliczeniowa kilkudziesięciu tysięcy PC), który pracuje m.in. nad mapą genomu, w obliczu złożoności zadania "policzenia mózgu" to zaledwie kalkulator. Mapa genomu (ok. 30 tys. genów) to pestka w porównaniu z sieciami neuronów (jeszcze przed kilkunastoma laty mówiono o 10 mld, dziś jest to podobno 100 mld neuronów). A ileż jest możliwych kombinacji. Nie wnikam tu już w rozważania, czy da się do końca zbadać mózg. Wybitny uczony niemiecki, Carl Friedrich Weizs?cker, powiadał sceptycznie, że człowiek nie zbada własnego mózgu, nie został bowiem on stworzony - czy też nie ewoluował - po to, aby sam siebie badał. Trudno być bowiem jednocześnie podmiotem i przedmiotem poznania. Ale te rozterki pozostawiam filozofom.

Zgodzę się z Edwinem Bendykiem, że kilka nazwisk stale przywoływanych i cytowanych tworzy samoodnoszący się (self-referential) do siebie krąg wieszczy i wizjonerów. Takie są prawa produkcji wiedzy w warunkach rynkowych. Pisał o tym R. Gibbons w książce New Production of Knowledge. Nieraz już tak bywało, że różne prądy ideowe oddziaływały na siebie wzajemnie. Przykładem może być postmodernizm czy idee głoszone przez post- humanistów, którzy - jak przywoływany przez Edwina Bendyka Bill Joy z Sun Microsystems - prorokują, że przyszłość nas nie potrzebuje. Skoro bowiem był przedczłowiek, dziś jest człowiek, to dlaczego ma nie być postczłowieka. Dotychczas nie potrze- bowała nas przeszłość, ma nas nie potrzebować przyszłość, to znaczy, że potrzebuje nas tylko teraźniejszość - ta wąska szczelina czasu, w której żyjemy.

Ci z nich, którzy z tego żyją - jak Arun Netravali czy Nicholas Negroponte, szef drugiej wylęgarni innowacji, Media Lab w MIT - zabawiają się w wieszczów, jak bowiem trafnie zauważa Edwin Bendyk są nie tylko ba-daczami, ale i menedżerami świetnie prosperujących laboratoriów i muszą zachowywać urzędowy optymizm. Bo inaczej podważaliby interes, z którego żyją oni sami i tysiące ich współpracowników. Inni, jak Derrick de Kerkhove czy Pierre Levy, fascynują się technologiami informacyjnymi i pragną tchnąć w nie duszę. Jest jednak wielu takich, którzy nie popadają w jednostronne fascynacje. Przywołam np. Paula Strassmana The Squandered Computer: Evaluating the Business Alignment of Information Technologies (Zmarnotrawiony komputer: Ewaluacja użycia technologii informacyjnych w gospodarce), gdzie autor rozwiewa mity o nadzwyczajnej efektywności komputera w biznesie. Czy autorzy ci nie są w tym samym stopniu promowani, tak jak przywoływani wyżej, czy oferują czytelnikom mniej atrakcyjny na rynku towar, czy też może ludzie wolą rewolucyjne wizje sztucznej inteligencji, myślących maszyn, samomonitorującego się świata i chętnie takie wizje kupują, bo mają dość chaosu i tęsknią za światem przewidywalnym? Trudno to rozstrzygnąć.

Klucz francuski i deska do prasowania w okablowanym świecie

Jestem zafascynowany książką nie znanego jeszcze u nas autora Charlesa Jonschera. Na rynku właśnie ukazał się przekład jego książki Okablowane Życie: kim jesteśmy w epoce przekazu cyfrowego (The Wired World:Who we are in the Digital Age, London: Bentam Press).

Pierwsze zdanie ze wstępu książki, które zwróciło moją uwagę, nie zachęcało do lektury: "Drugą połowę tego wieku kończymy w sposób zbliżony do tego, w jaki ją rozpoczynaliśmy, a więc używając desek do prasowania, odkurzaczy do sprzątania i klucza francuskiego do naprawy cieknącego kranu". Dla czytelnika, który weźmie tę arcyciekawą książkę do ręki, brzmi to jakby z innej opowieści. Ale oto niedługo potem czytamy: "Najwyżej za kilka lat nawet najtańszy komputer będzie wyposażony w siłę przetwarzania, która umożliwi mu reagowanie w ciągu ułamka sekundy na pełną skalę rozkazów. Naszymi biurami będzie sieć, a dojazdem do pracy - przejście kilku kroków dzielących nas od instalacji domowego komputera".

Takie tezy nie oznaczają, że Charles Jonscher popada w skrajności czy też wychwytuje jedynie kontrasty cywilizacji informatycznej: z jednej strony deska do prasowania - z drugiej, praca w sieci. To byłoby jak najdalsze od jego intencji. Po prostu stara się pokazać, w jak wielu czynnościach komputer i sterowane przez niego urządzenia nas wyręczają, a w ilu musimy być nadal zdani na siebie. Najogólniej mówiąc, komputer - wbrew temu, co sądzimy - uwalnia nas od zadań, w których potrzebne są raczej ręce i siła niż mózg.

Może to brzmieć nie przekonująco dla kogoś, kto już nie może się obejść bez komputera - urządzenia wspomagającego mózg - w tym kalkulatora, procesora danych czy kondensatora pamięci.

Autor chce nas przekonać o tym - w moim przypadku to się udało - że wbrew temu, co myślimy, w rewolucji informatycznej jest więcej kontynuacji niż zmiany i radykalnego zerwania z przeszłością.

Weźmy dla przykładu dwa, wydawałoby się znoszące się logicznie stwierdzenia: pierwsze - niemal wszystkie przepowiednie na temat przyszłych możliwości technologii należy uznać za zbyt ostrożne, drugie - niemal wszystkie przepowiednie na temat jej roli w naszym codziennym życiu należy uznać za przesadzone. Czytelnik łatwo dostrzeże w tym sprzeczność, ale tylko na gruncie logiki dwuwartościowej. Tymczasem rzeczywistość nie jest i nigdy nie będzie całkowicie dwuwartościowa. Istnieje bowiem jeszcze coś takiego jak logika rozmyta, którą się na co dzień posługujemy: nie tylko "tak - nie", ale także "trochę tak", "nieco tak", "zapewne" itp. Nie zdajemy sobie sprawy, jak wiele naszej wiedzy nabywamy za pomocą takiej logiki.

Odpowiada mi podejście Charlesa Jonschera, ponieważ łączy ono w sobie dwie perspektywy: techniczną (nawet politechniczną) i społeczną. W sprawach technicznych jest wysokiej klasy fachowcem; spędził wiele lat w laboratoriach badawczych, gdzie projektował sprzęt elektroniczny (przez 20 lat zajmował się badaniem natury i technologii przekazów cyfrowych). W ocenie społecznych implikacji przekazów cyfrowych wykazuje jednak żyłkę socjologa i filozofa: słowem - humanisty.

Ch. Jonscher nie jest technofobem: dostrzega problemy i zagrożenia, ale nie popada w skrajność, jak ma to miejsce w przypadku wielu intelektualistów-pięknoduchów, którzy mają za złe komputerom i sieci, że stają się częścią naszego środowiska duchowego, niszcząc jak wirus nasze "wyposa- żenie" kulturowe, nasze "humanistyczne pliki". Nie popada w zachwyty nad wszechmocnym "NETWORKIEM". Nie ma w tym, co pisze o sieci, nic z technomistycyzmu, technoreligii. Bo dla niego sieć to nie Matrix. Sieć to nie tylko synonim ludzkiego współdziałania i współzależności. Słownikowe jej rozumienie to także "matnia", "pułapka" (o czym być może najwięcej mogłyby powiedzieć ryby).

Najlepiej przystawałoby do formatu intelektualnego autora określenie "miękki determinista", nie umniejsza on bowiem wpływu technologii informacyjnych na nasze życie, ale na żadnej stronie swojej książki nie wykazuje bałwochwalczego zachwytu technologią. Wierzy w aktywizm człowieka, w to, że od niego wiele jeszcze zależy. Komputer, uznawany dziś za najbardziej inteligentne narzędzie, jakie człowiek kiedykolwiek stworzył, jest na-dal ślepy: nie widzi celów, którym służy. To tylko my - ludzie - możemy to zobaczyć. Oczywiście, to nie jest zwykłe narzędzie; jest pierwszym, które zastępuje niektóre funkcje mózgu, wszystkie poprzednie w erze mechaniki zwielokrotniały jedynie siłę mięśni ludzi i zwierząt oraz uzupełniały nasze zmysły.

Ch. Jonscher jest Europejczykiem. Wykształcenie zdobył w Wielkiej Brytanii. Wiele ze swych twórczych lat przeżył w Stanach Zjednoczonych. Nie jest pierwszym i nie ostatnim, który zasilił Światową Republikę Uczonych żyjących i tworzących w USA. Ameryka jest ojczyzną komputera i sieci oraz wylęgarnią większości innowacji w dziedzinie technologii cyfrowych. Nic więc dziwnego, że amerykańscy uczeni i intelektualiści są przewodnikami w tej nowej rzeczywistości. Większość elit pragnących ją zrozumieć, patrzy na świat przez amerykańskie okulary. Także i u nas najwięcej książek na te tematy to przekłady prac amerykańskich. Nie ma w tym nic nagannego.

Warto się uczyć literatury...

Książka Ch. Jonschera porządkuje wiele pojęć, którymi dość często się posługujemy, aczkolwiek na ogół mało precyzyjnie. Na przykład: czym się różnią dane od informacji, a ta z kolei od wiedzy. Ilu z nas wie, że dane to sygna- ły zarejestrowane przez nasze zmysły, informacje to dane zinterpretowane, zaś wiedza to przedestylowana i zinterpretowana informacja, zintegrowana z tym, co już wiemy. Komputer może wiele na poziomie przetwarzania danych - w tym mu nie dorównujemy, ale podobnie jak nie powinniśmy mieć kompleksów, że słoń jest od nas o wiele silniejszy, a jego mózg kilkakrotnie cięższy od ludzkiego, tak nie powinniśmy stresować się tym, że komputer szybciej od nas liczy i może pomieścić mnóstwo danych.

Komputer uzmysłowił nam jak bardzo jesteśmy ułomni w sztuce liczenia. Na przykład nie jesteśmy w stanie w ciągu kilku sekund policzyć, ile godzin dzieli nas od dzisiejszego wtorku do przyszłego piątku. Dla komputera kilka sekund to miliony operacji. Cóż z tego, skoro najpotężniejszym kom-puterom brakuje takiej jak ludzka zdolności przekształcania danych w informację, nie mówiąc już o tym, że transformowanie informacji w wiedzę to nasza domena. A przecież jest jeszcze mądrość, cecha gatunkowo ludzka, choć niestety niedostatecznie rozpowszechniona.

A jednak nie lękajmy się - pociesza Ch. Jonscher. Bardzo poprawia nasze samopoczucie to, że autor jest daleki od nabożnego stosunku do kompu- tera: ma za to nabożny stosunek do tego, w co Stwórca czy Natura nas wyposażyły - do mózgu mieszczącego wiedzę minionych pokoleń, zakodowaną w dwudziestu kilku literach i 10 cyfrach. Siłą ludzkiego umysłu jest komunikowanie poprzez tworzenie analogii, dzięki czemu nasz gatunek gromadził przez pokolenia wiedzę, która jest oparta nie tylko na logice binarnej. Najinteligentniejszy komputer tego nie potrafi. 50 lat rozwoju technologii nie zastąpi, jak chcieliby nam to wmówić jej entuzjaści, naturalnego procesu wzajemnych oddziaływań międzyludzkich oraz pomiędzy ludźmi a ich otoczeniem. Narzędzia percepcji organizmów żywych ewoluowały miliony lat i nie pozwalają na popełnianie tak poważnych błędów, jak ma to miejsce w przypadku nowych technologii, choć ewolucja także wiodła nieraz w ślepe zaułki.

Oczywiście maszyna coraz więcej potrafi, pomaga człowiekowi osiągnąć coraz wyższy poziom intelektualny. Człowiek sam stworzył sobie narzędzie, które zmusza go do tego, aby był coraz bardziej twórczy. Komputer stał się inteligencją pomocniczą. Może w jakichś laboratoriach wojskowych, powiada Ch. Jonscher, zostanie stworzona instalacja, która swym potencjałem dorówna miliardom neuronów w mózgu człowieka, ale to będzie tak, jak gdybyśmy znali wszystkie słowa Hamleta, ale nie znali kodu do zrozumienia semantyki dzieła.

Warto było przeczytać tę książkę, aby dotrzeć do kilku końcowych stron. Znajduję tu najważniejsze jej przesłanie: Uczynimy sobie wielką krzywdę, jeśli ulegniemy "imperializmowi" komputera i skoncentrujemy nasz wysiłek na przekazywaniu następnym pokoleniom wiedzy przede wszystkim o nim samym. Nasi poprzednicy wykazali się mądrością: w czasach rewolucji przemysłowej istniała przecież ogromna pokusa fascynacji mechaniką. Szczęście, że nie zarzucono nauczania algebry, biologii, poezji czy malarstwa. Jeśli następne pokolenia znałyby się tylko na mechanice, to wiele dziedzin wiedzy by się nie rozwinęło. Bylibyśmy dziś następcami, a nie dziedzicami całej spuścizny cywilizacji. Wielka tradycja oświecenia pozwoliła na wszechstronny rozwój człowieka, zanim wymyślono wiedzę o "kapitale ludzkim", inwestowaniu w człowieka", "zasobach ludzkich" i czym tam jeszcze.

Oczywiście, Ch. Jonscher nie jest jedynym, który ostrzega przed "czarną dziurą postępu technologicznego", by użyć określenia Stewarda Branda. Jak długo bowiem technika może przyspieszać? Jeśli moc komputera podwaja się co 18 miesięcy, to nie wiadomo co to naprawdę znaczy: czy czas jest tańszy czy droższy, czy po prostu bardziej skondensowany. Cena za minutę jest wyższa, ale ta wartość nie musi być trwała.

--------------------------------------------------------------------------------

Charles Jonscher: Okablowane Życie: kim jesteśmy w epoce przekazu cyfrowego, Wydawnictwo Literackie Muza SA, 2001

Profesor Kazimierz Krzysztofek jest socjologiem i politologiem, pracownikiem naukowym Wyższej Szkoły Psychologii Społecznej i Instytutu Kultury w Warszawie oraz Uniwersytetu w Białymstoku.


TOP 200