Ale kino!

Ustawa o kinematografii, która weszła niedawno w życie, elektryzuje nie tylko środowiska twórcze. Jej zapisy w dużym stopniu dotykają działalności operatorów telewizji kablowych, a potencjalnie mogą dotyczyć także innych operatorów i dostawców treści multimedialnych.

Ustawa o kinematografii, która weszła niedawno w życie, elektryzuje nie tylko środowiska twórcze. Jej zapisy w dużym stopniu dotykają działalności operatorów telewizji kablowych, a potencjalnie mogą dotyczyć także innych operatorów i dostawców treści multimedialnych.

Ustawa o kinematografii, której uchwalenie miało być wielkim triumfem środowiska filmowego, już od samego początku jej obowiązywania wywołuje wiele emocji, zastrzeżeń i zarzutów odnoszących się do zapisanego w niej sposobu finansowania działalności kulturalnej. Gdy jedni gratulują posłom, którzy głosowali za ustawą, inni gratulują posłom, którzy byli ustawie przeciwni. Najgłośniej i najdobitniej swoje niezadowolenie wyrażają przedstawiciele telewizji kablowych. Występująca w ich imieniu Polska Izba Komunikacji Elektronicznej (PIKE) zdecydowanie protestuje przeciwko przyjętym zasadom wspierania polskiej twórczości filmowej. "Nie jesteśmy przeciwko popieraniu rodzimej kinematografii, ale nie zgadzamy się z tym, w jaki sposób to ma się odbywać" - mówi Jerzy Straszewski, prezes PIKE.

Niezadowolenia nie kryją również przedstawiciele stacji telewizyjnych, właściciele kin, dystrybutorzy filmów i operatorzy telewizyjnych platform cyfrowych. Te środowiska nie mają jednak jednego przedstawiciela, który by tak głośno jak PIKE demonstrował niezadowolenie na forum publicznym. Wszystkich dotyczy jednak ten sam co operatorów telewizji kablowej obowiązek odprowadzania 1,5% przychodów z prowadzonej przez siebie działalności na rzecz funduszu wspierania twórczości filmowej, upowszechniania kultury filmowej oraz ochrony zasobów sztuki filmowej. Zarządzaniem tym funduszem ma się zajmować powołany przez ministra kultury Polski Instytut Sztuki Filmowej. Jego zadaniem ma być m.in. dofinansowanie projektów filmowych, produkcji, dystrybucji i rozpowszechniania filmów, promowanie polskiej twórczości filmowej, wspieranie debiutów filmowych oraz rozwoju artystycznego młodych twórców filmowych. Instytut nie będzie produkował filmów, jego zadaniem ma być podział środków na dofinansowanie projektów filmowców.

Jerzy Straszewski, prezes PIKE

Jerzy Straszewski, prezes PIKE

Sama idea wspierania polskiej twórczości filmowej i powołania Instytutu nie wzbudza kontrowersji, sprzeciw budzą zasady jego finansowania. Największym źródłem jego przychodów mają być bowiem właśnie wpłaty 1,5% od wpływów właścicieli kin, dystrybutorów filmów, nadawców programów telewizyjnych, operatorów telewizji kablowych i platform satelitarnych. Przepis zacznie obowiązywać od 1 stycznia 2006 r. Instytut ma być poza tym finansowany z budżetu państwa, z darowizn, spadków i zapisów. Według szacunków Ministerstwa Kultury, z budżetu państwa ma pochodzić rocznie 26 mln 500 tys. zł, a ok. 75 mln zł właśnie z owego 1,5% od przychodów właścicieli kin, dystrybutorów filmów, nadawców programów telewizyjnych, operatorów telewizji kablowych oraz operatorów platform satelitarnych.

Przeciw zasadzie

Do najbardziej aktywnych krytyków nowej Ustawy o kinematografii należy PIKE (Polska Izba Komunikacji Elektronicznej, d. Ogólnopolska Izba Gospodarcza Komunikacji Kablowej), zrzeszająca ponad 130 firm: operatorów szerokopasmowej komunikacji elektronicznej oraz producentów sprzętu i usług wykorzystywanych przez telewizję kablową. Artykuł 19 pkt 5 nowej ustawy nakłada na operatorów telewizji kablowej obowiązek odprowadzenia "wpłaty na rzecz Instytutu (Sztuki Filmowej - przyp. red.)" w tej samej wysokości co inne podmioty wskazane w ustawie. "Te 1,5% to nawet niedużo, zwłaszcza w porównaniu z 3%, które znalazły się w jednym z wcześniejszych projektów ustawy. Protestujemy jednak przeciwko arbitralnemu obciążaniu nas kosztami finansowania produkcji filmowej" - mówi Jerzy Straszewski, prezes PIKE. Izba zaskarżyła ustawę do Trybunału Konstytucyjnego.

Przedstawiając argumenty przeciwko partycypowaniu w kosztach, przedstawiciele Izby wskazują przede wszystkim na to, że jako dostawcy sygnału nie mają nic wspólnego z produkcją filmową. W żadnym kraju europejskim operatorzy telewizji kablowych nie są ustawowo zobowiązani do dotowania kinematografii. Przeciwstawia się temu również dyrektywa UE 2002/20/WE z 27 marca 2002 r. oraz polskie Prawo telekomunikacyjne, które to akty prawne nie dopuszczają obciążania przedsiębiorstw telekomunikacyjnych takimi opłatami na rzecz kina.

Zdaniem Piotra Woźnego z kancelarii Grynhoff, Woźny i Wspólnicy Spółka Komandytowa, radcy prawnego PIKE, Ustawa o kinematografii jest jeszcze jednym potwierdzeniem tego, że ustawodawca nie do końca rozumie istotę funkcjonowania podmiotów, takich jak operatorzy telewizji kablowej, przez co ci są zawieszeni w pewnej próżni prawnej. "Z jednej strony podlegamy obciążeniu z tytułu użytkowania praw autorskich, z drugiej opłaty medialnej na podstawie Ustawy o radiofonii i telewizji, z trzeciej opłat telekomunikacyjnych oraz opłat na fundusz usług powszechnych" - mówi Piotr Woźny.

Przedstawiciele telewizji kablowych podkreślają, że w myśl prawa są operatorami telekomunikacyjnymi, a nie nadawcami. Nie można w związku z tym obciążać ich dodatkowymi opłatami z tytułu udostępniania w ich sieciach treści telewizyjnych. Jeżeli jednak ustawodawca sięgnął mimo wszystko do kieszeni tego operatora, to rodzi się pytanie, czy nie będzie chciał pobierać opłat również od innych operatorów telekomunikacyjnych. Przecież do transmisji sygnału telewizyjnego przygotowują się również działający na naszym rynku operatorzy telefonii stacjonarnej i komórkowej. Na razie nie znaleźli się na liście zobowiązanych do płatności na rzecz Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, ale czy to oznacza, że mogą spać spokojnie? "W ustawie nie zostali uwzględnieni operatorzy telefonii stacjonarnej czy komórkowej dlatego, że obecnie nie świadczą tego typu usług. Jeżeli zostaną przez nich wprowadzone, to wtedy być może ustawa zostanie znowelizowana" - tłumaczy Anna Godzisz, rzecznik prasowy ministra kultury. Jej zdaniem, celem ustawy miało być zmobilizowanie tych, którzy korzystają w swojej działalności biznesowej z obrazu filmowego, do łożenia na rozwój tego rodzaju twórczości. Nie ma więc znaczenia, że telewizje kablowe są operatorami telekomunikacyjnymi, gdyż swoje przychody i tak osiągają za sprawą korzystania z produkcji telewizyjnej. Jeżeli inni operatorzy również zaczną działać na tym polu, to wtedy być może trzeba będzie pomyśleć o zmianie zapisów ustawy.

Niektórzy prawnicy zwracają uwagę, że "furtką" do rozszerzenia listy podmiotów podlegających zapisom ustawy może być brak w polskim prawie definicji operatora platformy cyfrowej. Podmioty takie są zobowiązane do odprowadzania 1,5% swoich przychodów na fundusz wspierania twórczości filmowej. Kwestią interpretacji może więc być, czy nie zaliczyć do nich również np. operatorów telefonii stacjonarnej lub komórkowej, którzy będą udostępniać przekaz telewizyjny za pośrednictwem swojej "platformy cyfrowej". Być może znaczenie będzie miał również sposób określenia platformy cyfrowej w kategoriach technologicznych.

Telekomy spokojne

Wśród operatorów telefonii stacjonarnej czy komórkowej nie widać jednak na razie objawów zaniepokojenia. Wychodzą oni z założenia, że nowa ustawa do ich działalności się nie odnosi. "Nie zajmujemy się tą sprawą, gdyż ani nas ona na razie nie dotyczy, ani nie wpływa na obecną działalność TP" - mówi Barbara Górska, rzecznik Telekomunikacji Polskiej. Sprawa jednak wcale nie jest taka jednoznaczna. Firma planowała uruchomić w tym roku usługę dostępu do programów telewizyjnych i filmów, ale termin został przesunięty na bliżej nieokreśloną przyszłość. Choć krążą plotki, że przyczyną opóźnienia są właśnie niejasności związane z Ustawą o kinematografii (za 1,5% przychodów TP można by zapewne nakręcić ekranizacje wszystkich lektur szkolnych), to jednak operator oficjalnie temu zaprzecza. "Obecnie trwają testy laboratoryjne nowych usług" - wyjaśnia Barbara Górska.

Najpełniej stanowisko branży telekomunikacyjnej przedstawia Jacek Kalinowski, rzecznik PTK Centertel, operatora sieci Orange - "Operator sieci Orange jest operatorem telekomunikacyjnym, oferującym mobilne usługi transmisji danych. Nie pobieramy opłat za kontent wideo oglądany przez klienta np. na portalu Orange World i nie widzimy powodów, by za to płacić. Współpracujemy przy tym z naszym partnerem biznesowym, jakim jest firma ITI (TVN/TVN24, która jest zobowiązana do opłat w rozumieniu nowej Ustawy o kinematografii - przyp. red.)". I dalej - "Co więcej, w naszej ocenie telefon komórkowy nigdy nie będzie telewizorem. Nie można zatem moim zdaniem traktować telefonu i odbiornika TV wg tych samych kryteriów" - dodaje Jacek Kalinowski.

Wraz z postępem technologicznym sprawa może stać się jednak bardziej skomplikowana. Jak bowiem traktować operatorów, którzy zdecydują się na pobieranie opłat za kontent telewizyjny i filmowy? Co z ich kontrahentami dostarczającymi materiały filmowe? Co wreszcie z dostawcami treści filmowych do portali internetowych, które chcą udostępniać programy rozgłośni i telewizji internetowych? Co właściwie miałoby różnić operatorów kablowych oferujących usługi triple play (3P) od operatorów telekomunikacyjnych udostępniających dokładnie takie same usługi 3P? W wyniku wykładni rozszerzającej zapis o operatorze platformy cyfrowej zapisy nowej Ustawy o kinematografii mogą objąć niemal wszystkie podmioty dostarczające przekazy multimedialne.

Ci, których Ustawa o kinematografii obecnie dotyczy, mają jednak nadzieję, że jej zapisy nie wytrzymają konfrontacji z rzeczywistością. "Samo funkcjonowanie Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej pokaże, że to nie był dobry pomysł i trzeba się będzie z niego wycofać" - uważa Adam Brodziak, dyrektor techniczny Telewizji Polsat, członek Polskiego Forum DVB i wiceprezes Polskiego Operatora Telewizyjnego, spółki powołanej przez Polsat i TVN do tworzenia naziemnej telewizji cyfrowej. Co się jednak stanie, jeżeli argumenty nadawców i operatorów telewizyjnych nie trafią do przekonania zwolenników tego typu rozwiązań w Ministerstwie Kultury? Czy wkrótce np. księgarze zostaną zmuszeni do odprowadzania 1,5% swoich przychodów na rzecz instytutu sztuki literackiej? Wszak żyją przecież ze sprzedaży książek, więc może powinni również z mocy ustawy wspierać twórczość literacką.

Jeśli rację ma PIKE i faktycznie rząd uznaniowo chce sięgać do kieszeni podmiotów medialnych, nikt nie może spać spokojnie. Cała nadzieja w tym, że w związku z powszechną krytyką, z jaką spotyka się ustawa, zostanie ona zmieniona, a jej zapisy dostosowane do realiów współczesnych technologii i reguł rządzących światem mediów (chciałoby się napisać i multimediów), który z powodu swojej złożoności wymaga raczej kilku klarownych zasad niźli szeregu ciągle rozszerzanych przepisów prawnych.

<hr size=1 noshade>dla Computerworld komentuje Robert Kroplewski, dyrektor Departamentu Prawnego w Biurze Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji

Robert Kroplewski

Robert Kroplewski

Dyskusje wokół Ustawy o kinematografii pokazują po raz kolejny, jak ważne i trudne jest dzisiaj tworzenie prawa w odniesieniu do cyfrowych technik przekazu. Egzekwowanie zapisów tej ustawy nie leży jednak w gestii Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, lecz Ministerstwa Kultury.

Wydaje się, że postępującej konwergencji technologicznej musi towarzyszyć również konwergencja prawna. W wielu wypadkach trudno już dzisiaj jednoznacznie orzec, kto jest nadawcą treści, a kto operatorem telekomunikacyjnym zapewniającym tylko dostęp do tych treści. Role te niejednokrotnie się przenikają, nachodzą na siebie, co można już zaobserwować w przypadku telewizji mobilnej czy IPTV. Nie ma sensu tworzenie sztucznych podziałów, które nie wytrzymują konfrontacji z rozwojem technologii. Z drugiej jednak strony, jeżeli ktoś chce być tylko nadawcą, a ktoś inny tylko dystrybutorem treści, to należy zapewnić jednoznaczne środowisko prawne uwzględniające odmienność tych ról i pozostawić przedsiębiorcom prawo wyboru statusu prawnego. W każdym razie określenie treści pojęcia "nadawca" nie powinno być uzależnione od technologii rozpowszechniania - nadawanie powinno być nadawaniem bez względu na to, czy się odbywa w środowisku analogowym czy cyfrowym, poprzez radiodyfuzję czy przekaz światłowodami. Ma to poważne znaczenie dla uznania neutralności technologicznej przekazu jako pola eksploatacji w stosunku do reżimu prawa autorskiego. Różne są jedynie systemy nadawania: masowy (tradycyjny) zbiorowy (kablowy), indywidualny (internetowy, mobilny).

Może należałoby pomyśleć o jednym prawie komunikacji elektronicznej? Obecnie nadawców i dystrybutorów treści na polskim rynku obowiązuje wiele różnych przepisów: Prawo prasowe, Prawo autorskie, Prawo telekomunikacyjne, Ustawa o radiofonii i telewizji, Ustawa o ochronie konkurencji.

Zalecenia Komisji Europejskiej idą w tym kierunku, aby odróżniać przekaz linearny, jednokierunkowy, skierowany przez nadawcę do nieoznaczonego odbiorcy (tradycyjne mass media realizują bowiem model biernego odbiorcy) od przekazu interaktywnego (on demand), w którym to odbiorca decyduje ostatecznie o wyborze udostępnionych treści, a przez możliwość interakcji uzyskuje ponadto zdolność nawiązania bezpośredniego dialogu z nadawcą lub nawet przyjęcia roli prywatnego wydawcy dystrybuującego własne treści audiowizualne. Przekaz linearny (system masowego obioru, bierny) powinien pozostać regulowany na drodze ustawowej i poprzez koncesję. Zaś przekaz nielinearny (system indywidualnego odbioru) podlegać winien samoregulacji (zgodnie z zasadami kultury, etyki, poszanowania godności drugiej osoby czy gwarancji identyfikacji nadawcy/wydawcy) oraz oczywiście przepisom o charakterze ogólnym, np. o ochronie danych osobowych, związanych z bezpieczeństwem czy poszukiwaniem zadośćuczynienia za doznane szkody. Taki model stanowiłby z jednej strony gwarancję rozwoju nowych technologii, uwolnionych od gorsetu koncesyjnego, z drugiej zaś uwzględniałby potrzebę ochrony słusznych praw odbiorców czy konsumentów treści audiowizualnych.

Tworzenie nowego prawa dotyczącego mediów elektronicznych musi się odbywać przy udziale wielu zainteresowanych stron - nadawców, operatorów telekomunikacyjnych, a także samych internautów. Przygotowany przez Krajową Radę Radiofonii i Telewizji projekt Strategii państwa w dziedzinie mediów elektronicznych na lata 2005-2020 jest właśnie takim zaproszeniem do poważnej dyskusji nad kierunkiem i wartościami przyszłego ustawodawstwa, a nie przesądzeniem o ostatecznych rozwiązaniach.

<hr size=1 noshade>dla Computerworld komentuje Marek Sowa, prezes Związku Mediów Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych Lewiatan, wiceprezes firmy UPC Polska

Marek Sowa

Marek Sowa

W Polsce mamy do czynienia z nadmiarem regulacji i regulatorów, co ma negatywny wpływ na rozwój rynku. Polskie prawo nie nadąża za procesem konwergencji mediów i telekomunikacji, czego przykładem jest istnienie dwóch regulatorów rynku (KRRiT i URTiP) z niestety nie zawsze czytelnym podziałem kompetencji.

Pomimo pewnych niedociągnięć, nowe Prawo telekomunikacyjne jest krokiem w dobrym kierunku. Pozornie odległe akty prawne wywierają jednak również wpływ na klimat inwestycyjny w branży szerokopasmowej. Przykładem jest uchwalona w br. Ustawa o kinematografii, opodatkowująca m.in. abonentów platform satelitarnych i sieci kablowych na rzecz uprzywilejowanej, wąskiej grupy twórców i producentów filmowych. Ustawa zawiera przepisy niezgodne z polską konstytucją i europejskimi dyrektywami, została już zaskarżona do Trybunału Konstytucyjnego.

Brak nowelizacji Ustawy o prawie autorskim również prowadzi do zaburzeń na rynku, obecny stan prawny oznacza bowiem nierówność stron w relacjach pomiędzy właścicielami a użytkownikami praw autorskich, w tym operatorami komunikacji szerokopasmowej.

Nowelizacja ustawy o VAT i przyjęcie 22% stawki na usługi internetowe było rozwiązaniem niekorzystnym dla użytkowników Internetu, operatorów i polskiej gospodarki. Wprowadzenie standardowej stawki VAT było krótkowzrocznym pójściem po linii najmniejszego oporu, a nie racjonalną reakcją na zastrzeżenia Unii Europejskiej.


TOP 200