Agencje i agenci

Kiedyś władały tym wielkie agencje, które w nazwie miały nawet przymiotnik "telegraficzne".

Telegraficzne, czyli takie, które, posługując się telegrafem, słały najpierw tylko wiadomości, a potem i obrazy - gdzieś z końca świata, po to, by sprzedać je chętnym do szerokiego publikowania. Publikowania, które polegało na wydrukowaniu w gazecie albo odczytaniu w radiu. Gdy pojawiła się telewizja, do tekstów dołączyły ruchome obrazy. Powołanie się na znaną agencję, co to miała agentów rozsianych po całym świecie, dodawało przekazowi wiarygodności i windowało prestiż publikującego.

Wszystko to tak ładnie poukładane popsuł dopiero internet, w którym wszyscy od wszystkich zaczęli odpisywać, nie wskazując na źródło ani tym bardziej nie płacąc grosza temu, od kogo dana wieść pochodziła i kto coś tam wyłożył na jej zdobycie i przekazanie - bezpośrednio czy pośrednio. Broni się więc na różne sposoby. Udostępnia za darmo tylko wybrane rzeczy, resztę zaś sygnalizuje jedynie, a dostęp do całości obwarowuje opłatami. Albo daje same tylko kuszące i atrakcyjne nagłówki, po których następuje zdanie albo dwa tekstu i, aby czytać dalej, trzeba zapłacić.

Opłaty są jednorazowe albo o charakterze prenumeraty. Za rekompensatę służą też dochody z reklam, którymi szpikuje się teksty, dodatkowo dzieląc je na niewielkie, kolejno wywoływane fragmenty, pozwalające upchnąć więcej reklam.

A skoro są płatności, to trzeba je jakoś wyznaczać, liczyć, ściągać, rejestrować i przekazywać gdzie i komu trzeba. No i tu pojawiają się pośrednicy, a za nimi informatyka. Bo tylko komputery potrafią rozeznać się w tym, kto, co, kiedy i w jakiej ilości od kogo wziął, i komu, ile i jak należy za to zapłacić. Poszczególne kwoty są niewielkie, rzec można, symboliczne, i nigdy nie opłaciłoby się obsługiwać tego na piechotę, nawet gdyby ktoś potrafił.

Pośrednicy bywają jednak zachłanni, chociaż - zasłaniając się tajemnicą handlową - nigdy do tej zachłanności się nie przyznają. Od dawna jednak w tak zwanej branży panuje opinia, że operatorzy telefonii komórkowej, którzy udostępniają mechanizm płatności poprzez tzw. SMS premium, około połowy stawki biorą sami.

Zakres tego, co jest dostępne za darmo, kurczy się więc szybko, a kolejnemu pośrednikowi z zagranicy udało się w Polsce namówić do współpracy kilka redakcji. I aż dziwne na tym tle jest to, że nasza władza, zdawałoby się, wyspecjalizowana w łupieniu obywateli na tysiąc i więcej sposobów oraz popierająca w ciemno wszelką komercjalizację, wystąpiła z pomysłem wykorzystania sieci do publikowania bezpłatnych podręczników szkolnych. Podręczniki jednak, te tradycyjne, papierowe, to interes bardziej chyba lukratywny niż SMS-premium, więc do działania, a właściwie przeciwdziałania, ruszyli wydawcy. Myliłby się jednak ten, kto sądziłby, że szykują oni swoje, może niedarmowe, może opatrzone jakimiś zabezpieczeniami, ale jednak tańsze od papieru wersje elektroniczne. Nic z tego. Jak dotąd działania ich polegają na wskazywaniu na zdecydowaną szkodliwość tej inicjatywy oraz formułowaniu gróźb ścigania na drodze prawnej zaangażowanych w to przedsięwzięcie osób i instytucji. Ich zdaniem, na e-podręcznikach zapaść edukacyjna społeczeństwa jest murowana, bo w ten sposób i szkoła, i dom pozbawione zostaną możliwości wyboru. Tak jakby z czasem nie mogło być tych podręczników więcej. Również lepszych, chociaż nawet płatnych.

Na razie edukujemy jednak skutecznie kolejne pokolenia na papierze, czego dowodem jest poniższa scenka: Wrocław, 15 sierpnia, około 7 rano, sklepik z prasą. Wchodzi szczupły, starszy pan, schludnie ubrany i zadbany. Widać, że stały klient, bo już od drzwi woła: "Dzień dobry, jak zawsze <<Wrocławską>> poproszę". Dziewczyna ze sklepu: "Dzisiaj nie ma gazet". On: "Dlaczego nie ma?" Ona: "Bo jest święto". On: "Święto? Jakie?" Ona: "Nie wiem. Państwowe jakieś". On: "Rozumiem. To przyjdę jutro".