Ad acta

I znowu pojawia się okazja do przytoczenia scenki tramwajowej sprzed lat blisko 50. A było to tak.

Czytający gazetę pasażer rozzłoszczony, że sąsiad czytał mu przez ramię, wypalił na głos: "Doczekamy jeszcze takich gazet, w których druk będzie znikał w miarę czytania". Prorocze słowa. Dziś trudno wątpić, że całe sztaby specjalistów już od dawna nad czymś takim pracują. Nie wziął tylko biedak pod uwagę tego, że gdy on będzie czytał szpaltę po prawej, znikać będzie również to, co mu sąsiad w tramwaju będzie wyczytywał przez ramię po lewej.

Czytaj uważnie, bo nie będzie drugiej okazji! - chciałoby się rzec, parafrazując działaczkę francuskiego ruchu oporu z serialu "Allo! Allo!". No, chyba że za dodatkową opłatą, jakieś np. 10% tekstu można będzie przeczytać więcej niż raz. Ale i tak ten sam, trudny (albo ekscytujący) fragment, przeczytany pięć razy, pięć razy będzie też policzony. Licencji na nieograniczone, wielokrotne czytanie nie będzie, bo i po co.

Kolejny wizjonerski przykład. Chodzi o powieść Raya Bradbury’ego "451 stopni Fahrenheita", pierwszy raz wydaną w Polsce w latach 60. W świecie przyszłości w ogóle zakazane miało być posiadanie jakichkolwiek książek, za to powszechną rozrywką stały się gadające ściany, czyli wmontowane w nie wielkie telewizory, poprzez które można było rozmawiać z krewnymi tu i tam, mając wrażenie przebywania razem. Coś jak dzisiejsze wideokonferencje, tylko zwielokrotnione i z ekranami-ścianami. W powieści Bradbury’ego do wykrytych (najczęściej przez donos sąsiedzki) książek natychmiast wyruszała straż pożarna, a palenie znalezionych książek było jej głównym zadaniem.

I od tej wizji jesteśmy już niedaleko. Nie minie pokolenie, a książki papierowe będą zakazane i tropione, bo można przecież przeczytać je więcej niż raz. Co więcej, można - o zgrozo! - również skopiować czy chociażby przepisać, jak to zaraz po wojnie robiono z niektórymi pozycjami, jeszcze przed wojną określanymi mianem "literatury dla pomocy domowych" i którym odmawiano miejsca w oficjalnym nurcie wydawniczym.

Teraz książki będą wyłącznie elektroniczne, zabezpieczone przed wielokrotnym użytkiem przez znikający w trakcie czytania tekst. Co więcej, nikt nie odważy się rzucić jakiegoś nierozważnego cytatu w rodzaju "Litwo, ojczyzno moja..." bez wcześniejszego wniesienia stosownej opłaty na rzecz tego, kto reprezentuje spadkobierców owego Litwina (a oni mogą o tym nie wiedzieć albo może ich po prostu nie być w ogóle, co bynajmniej nie oznacza, że nie można ich reprezentować...).

Z tego samego powodu milionerami zostaną reprezentanci dzieci pewnego nieżyjącego już Francuza, o którym twierdzi się, co przypomniała niedawno prasa irlandzka, że był synem przywódcy III Rzeszy i jakiejś Francuzki z czasów Wielkiej Wojny. A miliony owe miałyby pochodzić z tantiem od jedynego "dzieła", jakie ów wódz w swoim życiu napisał, które to "dzieło", mimo licznych obostrzeń i zakazów nawet, ciągle jest tu i tam drukowane w sporych nakładach.

Książki, co chyba oczywiste, są tylko przykładem, bo te same techniki i reguły rozciągnie się na filmy, zdjęcia i muzykę.

Na temat umowy ACTA, bo o nią przecież tu chodzi, powiedziano już i napisano ostatnio tyle, że trudno już cokolwiek świeżego dodać. No, może oprócz tego, że jej lektura (uważna! oryginał amerykański) zostawia wrażenie takiej prostoty, która graniczy z prostactwem prawnym. Prostactwem polegającym na dających sporą swobodę interpretacji ogólnikach i tendencyjnym dostrzeganiu interesów jednej tylko ze stron, już i tak dominującej. Jej też interesom mają służyć uproszczenia proceduralne ułatwiające wnioskowanie ponad granicami państw o ściganie, z pomijaniem sądów.

Jak doniosła w tych dniach prasa, Koreańska Republika Ludowo-Demokratyczna powołała właśnie specjalną jednostkę wojskową do tropienia i niszczenia nielegalnych (w tamtejszym rozumieniu) nagrań i książek. Jeżeli umowy ACTA nie odłożymy ad acta, sami dorobimy się takich jednostek, a one już szybko nauczą się robić użytek z tego, czego dowiedzą się przy okazji...


TOP 200