Aborygeńskie obrazki

Dla większości Cairns jest miastem wypadowym na rafę koralową. Ale można też wybrać się do pobliskich

Dla większości Cairns jest miastem wypadowym na rafę koralową. Ale można też wybrać się do pobliskich

aborygeńskich wiosek. Można tam rzucić bumerangiem, zobaczyć wymalowanych aborygenów tańczących na życzenie pseudorytualne tańce lub przedstawiających historię powstania świata według swoich wierzeń, angażując w to światło, dźwięk, elektronikę i lasery. Prawdziwie turystyczne atrakcje dalekie od świata aborygeńskich wierzeń i obrzędów. Ten poznaliśmy co prawda tylko w kinie, oglądając czysto aborygeńską produkcję Yolngu boy (www.yolnguboy.com), ale mimo to był bardziej prawdziwy i realistyczny niż jakakolwiek z turystycznych wiosek.

Aborygeni to dzisiaj zaledwie 2 procent ludności Australii. Niecałe 360 tys. osób uznaje się za potomków rdzennych mieszkańców Terra Australis, czyli Ziemi Południowej, jak nazywano tę krainę ponad 200 lat temu.

Nasze pierwsze spotkanie z nimi potwierdzało zasłyszany wcześniej stereotyp. Późnym wieczorem, już po zmierzchu, spacerując po centrum Adelajdy, zobaczyliśmy siedzących na trawie aborygenów. Wyglądali raczej na biednych, błąkających się z kąta w kąt. Włóczędzy, o jakich nietrudno w wielkim mieście.

Wędrując szutrowymi drogami przez Outback, dotarliśmy któregoś dnia do osady Hermansburg. Aborygeńska wioska i dawna luterańska misja. Położona, jak wszystko tutaj, pośrodku niczego. Tu żył aborygeński malarz Albert Namatjira (www.naa.gov.au/publications/fact_sheets/FS145.html), który wpisał się do historii może mniej jako malarz, a bardziej jako pierwszy aborygen, otrzymujący obywatelstwo Australii. Nie było to wcale dawno, bo w 1957 r. Ale i tak było lepszym rezultatem niż przyznanie prawa głosu wyborczego kobietom w Szwajcarii, co miało miejsce dopiero w 1971 r.

Los Namatjiry jest o tyle ciekawy, że w niecały rok po staniu się pełnoprawnym obywatelem trafił do więzienia, a to za sprawą nabytego wraz z obywatelstwem prawa do zakupu alkoholu. Dobrotliwy Albert nadużył swojego australijskiego obywatelstwa i zaczął nielegalnie zaopatrywać w alkohol współziomków.

Do dziś alkohol jest olbrzymim problemem dla aborygenów, zwłaszcza tych żyjących w Outbacku. Kiedy przejeżdżaliśmy przez Coober Pedy dziesiątki wałęsających się po mieście czarnoskórych, szukających dostępu do alkoholu, wyglądało raczej ponuro. Cały czas wiele wiosek i gmin aborygeńskich stosuje zakaz sprzedaży alkoholu.

Przejeżdżamy przez Hermansburg z jednego końca na drugi. Niskie, parterowe domki sprawiają przygnębiające wrażenie. Wyraźnie nie zadbane, z brudnymi oknami i rozwalającymi się meblami stojącymi na tarasach. Nie pomalowane ściany. Całe rodziny siedzą na piachu przed domem w obdartych ciuchach. Ponury, leniwy wzrok nie wyraża żadnej, choćby odrobiny, nadziei. Dookoła domu porozrzucanych kilka wraków samochodów, z których zapewne parę jeszcze jest na chodzie.

Tak też wyobrażam sobie dotarcie tutaj Internetu. Któregoś dnia, za parę lat, zmuszeni przez pędzącą cywilizację białego człowieka, będą musieli zaopatrzyć się w komputer. Z "second handów", komisów i innych złomowisk powyciągają ogromne szare pudła przestarzałych już PC z czarnymi od kurzu krawędziami. Od jednego wezmą klawiaturę, od innego monitor, z kolejnego wymontują dysk twardy. Może podłączą jakąś 9-igłową drukarkę, a obok podczepią modem na 9600 bodów. I zaczną sprawdzać stan swojego konta i wielkość otrzymanego zasiłku, i być może w końcu będą mogli, przez nikogo nie rozpoznani, zamówić sobie w e-sklepie buteleczkę jakiegoś trunku. Tylko kto im ją dostarczy na to odludzie?

Australia, Cairns, 23 kwietnia 2001 r.


TOP 200