A może ogrzewane fotele?

Pokaż mi swoje auto służbowe, a powiem ci kim jesteś - mogłoby powiedzieć wielu menedżerów działów informatyki.

Pokaż mi swoje auto służbowe, a powiem ci kim jesteś - mogłoby powiedzieć wielu menedżerów działów .

Chyba w każdym kraju na świecie samochód uznawany jest za jeden z atrybutów prestiżu. Także samochód służbowy świadczy o prestiżu. Wiele osób twierdzi, że to tylko narzędzie pracy, a jednym z głównych powodów, dla których firmy oddają je do dyspozycji pracowników, jest to, że chcą płacić mniejsze składki ZUS i wydatki te mogą włączyć do kosztów uzyskania przychodu. Trudno się z tym zgodzić, ponieważ gdyby tak było, wszyscy informatycy, począwszy od serwisanta, na prezesie firmy skończywszy, jeździliby służbowymi wozami ozdobionymi dużym logo firmy. Tak jednak nie jest.

Dobry samochód - niezły szef

Dobry, elegancki samochód niewątpliwie świadczy o tym, jak wysoko w hierarchii organizacji znajduje się dany pracownik. Jest on dla niego dowodem tego, jak duże znaczenie odgrywa jego doświadczenie, codzienna praca, rola w firmie. Zazwyczaj im większą wartość pracownik stanowi dla firmy, tym lepszym mknie samochodem. Ponadto samochód może świadczyć o firmie, jej pozycji rynkowej i być jednym z elementów budujących obraz firmy w oczach partnerów i klientów.

Dla pracowników - i pracodawców - nie jest więc obojętne, jakim autem się poruszają. Liczy się marka, model, silnik, ABS, poduszki powietrzne, klimatyzacja. Są podobno nawet tacy, którzy - mając świadomość własnej wartości, starając się o posadę - żądają od pracodawcy samochodu służbowego, wyposażonego w określony co do najdrobniejszych szczegółów system audio.

Zadowolenie bez zachwytu

Nie zaskakuje fakt, że najlepszymi samochodami poruszają się informatycy zatrudnieni w bankach i instytucjach finansowych oraz dużych międzynarodowych koncernach. Tam najwyżej ceni się informatykę, a specjaliści z tej dziedziny i ich szefowie są traktowani na równi z menedżerami innych działów. Inaczej jest w małych i średnich przedsiębiorstwach, gdzie samochód służbowy jest zarezerwowany jedynie dla członków zarządu.

Górną granicę, jeśli chodzi o wydatki na samochód, wyznaczają ceny pojazdów, którymi poruszają się szefowie firmy. Niemal jest regułą, że samochody menedżerów IT są co najmniej o 15-20 tys. zł tańsze od aut prezesów czy ich zastępców. W bankach i dużych koncernach, gdzie członkowie zarządu jeżdżą zazwyczaj mercedesami lub volvo, szefowie działów informatyki cieszą się z toyoty avensis czy peugeota 406, a ich zastępcy - toyoty corolli bądź nissana almery. Równie "dużą popularnością" cieszą się ople astra i vectra, fordy escorty, renault laguna czy alfa romeo 146. "Praca wiąże się z częstymi wyjazdami, niezbędne jest więc zapewnienie odpowiedniego komfortu, np. klimatyzacji. Naturalnie w rozsądnych granicach" - mówi szef działu informatyki dużego banku w Warszawie.

Użytkownicy tych samochodów są na ogół z nich zadowoleni. "Nie ma się czego wstydzić, ale nie za bardzo jest się czym chwalić" - mówią najczęściej. Niestety, niektórzy z menedżerów z żalem przyznają, że ich prywatne samochody są znacznie droższe i bogatsze w wyposażenie niż auta, które przysługują im z racji zajmowanego stanowiska.

Kwestia próżności

Zdarzają się też wyjątki. Niektórzy menedżerowie IT wychodzą z założenia, że marka samochodu ma niewielkie znaczenie, a istotny jest sam fakt posiadania służbowego auta. W jednym z największych i najbogatszych polskich banków wszyscy menedżerowie jeżdżą samochodami Daewoo. Szefowie działów mają do dyspozycji nubiry, a ich zastępcy lanosy. Wynika to jednak z polityki firmy, która luksusowymi samochodami nie chce "kłuć" w oczy swoich klientów. "Z pewnością można wyobrazić sobie lepszy samochód. Daewoo nie zaspokajają męskiej próżności, ale nie można powiedzieć, że są to złe samochody" - mówi szef kilkudziesięcioosobowego działu informatyki w banku. Podobnie jest w przypadku kolejnego banku, w którym nawet członkom zarządu przysługuje jedynie... daewoo espero. Jednak są koncerny, w których menedżerowi IT nie wypada wsiadać do wozu tańszego niż honda accord, którego najtańsza wersja kosztuje ponad 80 tys. zł.

Ryczałt albo taksówka

Samochodów służbowych nie mają najczęściej informatycy zatrudnieni na stanowiskach kierowniczych w spółkach Skarbu Państwa, a także w firmach działających w mniejszych miastach. "Cóż, takie są możliwości instytucji. Ze służbowych samochodów korzysta tylko zarząd" - mówi szef działu informatyki w jednym z banków, w których udziały posiada Skarb Państwa. Jak jednak kąśliwie przyznają niektórzy z dyrektorów, brak auta służbowego nie wynika z braku pieniędzy, a przede wszystkim ze złego stylu zarządzania. Nawet jednak w tych firmach szefom działów informatyki przysługuje ryczałt za używanie własnego samochodu. Mogą również wypożyczyć samochód w razie nagłej potrzeby. Zazwyczaj są to jednak samochody gorszej klasy - daewoo, fiaty lub seaty.

Kwestia polityki

Pewna grupa firm, które z pewnością mogłyby sobie pozwolić na wyposażenie kadry menedżerskiej w wysokiej klasy auta, nie robi tego dla własnej wygody. Woli płacić pracownikom odpowiednio wyższe pensje. Firmy te wychodzą przy tym z założenia, że taki system wynagradzania jest bardziej... klarowny. Każdy z pracowników w dniu wypłaty wyraźnie widzi, ile otrzymuje za swoją pracę. A jednocześnie nie może się dowiedzieć o ile bardziej ceniony jest jego szef.


TOP 200