eeeee... faktura

Tegoroczny sezon wakacyjny był zupełnie nietypowy. Nie dość, że nie zdążył człowiek zauważyć, że w ogóle takowy był, to jeszcze zabrakło tradycyjnych przebojów typu aligator w Wiśle, czy chociażby zużytego już mocno potworzyska ze szkockiego jeziora.

Tegoroczny sezon wakacyjny był zupełnie nietypowy. Nie dość, że nie zdążył człowiek zauważyć, że w ogóle takowy był, to jeszcze zabrakło tradycyjnych przebojów typu aligator w Wiśle, czy chociażby zużytego już mocno potworzyska ze szkockiego jeziora.

Tego ostatniego zaś wyparło coś, co dość powszechnie i - jak na naszą prasę - wyjątkowo zgodnie, określano mianem "e-faktury". Z braku innych sensacji (i ponieważ przyszło mi zajmować się tematem także bardziej serio), pełen napięcia śledziłem kolejne tytuły. A było tego sporo, mimo, że śledziłem tylko tzw. poważniejsze źródła fachowe. Z samych już tytułów układa się pełna napięcia opowieść. Oto próbka:

"e-faktury tylko w teorii"

"e-faktury mogą jeszcze poczekać"

"e-faktury za dwa tygodnie"

"e-faktury podpisane"

"Już wolno korzystać z elektronicznych faktur".

Wykaz ten uzupełniają jeszcze dwa inne tytuły: jeden zgrabny kalambur: "e-faktury tylko na papierze" oraz, jakże przy tamtych banalnie płaski: "Segregatory w odstawkę".

I nie byłoby o czym dalej pisać, gdyby nie to, że większość z tych artykułów powtarza graniczące z bzdurą banały i dowodzi, że autorzy niezupełnie wiedzą o czym w ogóle piszą. Bodaj tylko "Gazeta bankowa" zdobyła się na pewien dystans i - słusznie - dworowała sobie z ogarniającej nas manii stawiania "e-" przed czym się da, co skutkuje różnymi e-pocztami, e-podpisami, e-handlem, e-podatkiem i e-fakturą w końcu. Jeden z tygodników tak się nawet zapędził, że stwierdził z satysfakcją, że jeżeli ktoś straci na dobrodziejstwie, jakim skądinąd są e-faktury, to tylko poczta. Co należało odczytać, że dobrze jej tak, bo ona przecież nie jest e-.

Większość piszących koncentrowała się na sprawie bezpiecznego, kwalifikowanego podpisu elektronicznego, w który, według woli ustawodawcy, ma być zaopatrzona każda elektroniczna faktura, pominęła zaś inne, nawet ciekawsze wątki.

Wiele pisano na temat oszczędności, jakie niesie takie rozwiązanie, najczęściej wspominając o lasach, które w związku z tym nie zamienią się w papier. Podobny otóż błąd sam popełniłem kiedyś w tym miejscu i zaraz dostałem list od pewnego leśnika (dziękuję!), który wyjaśnił, że dla samego zdrowia i higieny lasów trzeba w Polsce rocznie wycinać nie pamiętam już ile milionów metrów drzew. A problem w tym, że drzewa wycinamy jak trzeba, ale zamiast przerabiać swoje drewno na papier, sprowadzamy go z zagranicy.

Czego nie zauważają wszyscy niemal autorzy? Tego, że dla ustawodawcy faktura jest przede wszystkim dokumentem podatkowym i stąd domaga się on takiego, a nie innego jej traktowania. A traktowanie to, to m.in. również przechowywanie. I tu zaczynają się prawdziwe schody. Nie ma tego w naszej ustawie, ale jest w związanych z nią dokumentach unijnych, że na żądanie władz podatkowych, zarówno wystawca jak i odbiorca faktury muszą być w stanie odtworzyć ją w niezmienionej i czytelnej postaci i w związku z tym obaj są zobowiązani przechowywać i utrzymywać w sprawności niezbędne do tego wszelkie urządzenia techniczne i oprogramowanie. A takie np. przepisy szwedzkie wymagają przechowywania faktur przez 10 lat.

Co najgroźniejsze jednak - pisze się, że faktura elektroniczna jest szczególnie atrakcyjna dla tych, którzy wystawiają tych faktur bardzo dużo, jak np. telekomunikacja czy energetyka. Nie zauważa się tylko tego, że aby ich faktura mogła być e-, potrzebny jest jeszcze e-odbiorca. A to pachnie już z daleka powtórką z narzucaniem zusowskiego "Płatnika", ale tym razem w stosunku do każdego z nas. I to dopiero byłby interes do zrobienia na milionach podpisów. Interes wcale nie taki eeeee...


TOP 200