Życie rodzinne online?

W całej rozciągłości zgadzam się z opinią Charlesa Jonschera, że "niemal wszystkie przepowiednie na temat przyszłych możliwości samej technologii należy uważać za zbyt wstrzemięźliwe, a niemal każdą przepowiednię na temat jej roli w naszym codziennym życiu należy uważać za przesadną". Jako antropolog kultury przywykłem zaś do tego, że człowiek może żyć na wiele różnych sposobów, jakże niekiedy dziwacznych z naszego punktu widzenia.

W całej rozciągłości zgadzam się z opinią Charlesa Jonschera, że "niemal wszystkie przepowiednie na temat przyszłych możliwości samej technologii należy uważać za zbyt wstrzemięźliwe, a niemal każdą przepowiednię na temat jej roli w naszym codziennym życiu należy uważać za przesadną". Jako antropolog kultury przywykłem zaś do tego, że człowiek może żyć na wiele różnych sposobów, jakże niekiedy dziwacznych z naszego punktu widzenia.

Dziwaczność" innych ludzi objawia się nam nie tylko w perspektywie porównawczej ("oni jedzą gąsienice"), ale także wówczas, gdy przyjrzymy się życiu przeszłych pokoleń z kręgu świata zachodniego, nawet nie tak bardzo odległych. Dla współczesnych młodych mieszkańców światów wirtualnych, jakże dziwne wydaje się więc życie własnych rodziców i dziadków, skazanych na czarno-białą telewizję, telefony w jadalnym pokoju i opasłe tomy encyklopedii, w których tak trudno cokolwiek znaleźć natychmiast, jako że trzeba je mozolnie kartkować, zamiast od razu "skoczyć" do odpowiedniego hasła. Czy pojęcie gry dla ludzi sieci kojarzy się jeszcze z tradycyjnymi grami planszowymi? W perspektywie wchodzących w życie pokoleń życie wcześniejsze było nieuchronnie uboższe, bo mniej technologicznie zapośredniczone, wymagające więcej trudu.

Kiedy jednak zagłębimy się w literaturę naukową, o jakiej wspomina Charles Jonscher, widzimy jakby tendencję odwrotną: tutaj współczesność, zdominowana przez postęp technologiczny, w coraz większym stopniu jawi się jako zagrożenie tradycyjnej organizacji życia społecznego. Mówiąc krótko - im więcej technologii, tym mniej rodziny czy utożsamiania się z lokalną wspólnotą. Następuje atrofia uczuć narodowych.

Kryzys kultury, o którym tak głośno się debatuje, miałby źródło w postępującej indywidualizacji naszego życia, szybkości zmian, niestałości obrazu świata, który w dodatku nieustannie jest przedmiotem medialnej manipulacji. Czytając Jeana Baudrillarda, Paula Virilio czy Neila Postmana, wieszczących koniec autentyczności wszelkiej kultury, mamy przed oczyma wyobcowane jednostki, wpatrzone w komputerowy ekran, coraz gorzej znoszące "rzeczywistą" rzeczywistość. Powiada się niekiedy, że wspólnoty wirtualne opierają się - w przeciwieństwie do wspólnot tradycyjnych - na koegzystencji zawsze nieobecnych z zaw-sze nieobecnymi. Więzi społeczne, jeśli w ogóle o nich mówić w przypadku cyberprzestrzeni, mają charakter naskórkowy, ulotny, nie prowadzą do trwalszych konsekwencji, są niekiedy formą zabawy z własną tożsamością i gry z innymi. Do niczego one nie zobowiązują. Czy wyrzucenie z grupy dyskusyjnej za nieprzestrzeganie reguł można w ogóle porównać z sankcjami społecznymi, jakie spotykają wioskowego chuligana?

Wydaje się, że mnożenie argumentów "przeciwko" nowoczesnym metodom interaktywnego komunikowania się jest czynnością jałową dopóty, dopóki punktem odniesienia dla nich jest wyidealizowany stan kultury, który poprzedzał jej stan dzisiejszy. To, co było "przedtem", zdaje się wówczas lepsze, bardziej naturalne, zgodne rzekomo z naturą człowieka. Argumenty takie wręcz pobrzmiewają echem Jana Jakuba Rousseau, dla którego odejście od życia uczuciowego (w stanie natury) na rzecz używania intelektu było jednoznaczne z początkiem procesu upadku człowieka.

A zatem: czy nasycenie technologią naszego otoczenia, bytowanie w świecie teleobecności, dominacja obrazu nad słowem to symptomy poważnego zakłócenia mechanizmu funkcjonowania kultury? Czy czeka nas społeczna samotność, kłopoty z własną tożsamością, krach prawdziwych więzi społecznych i kłopoty z komunikowaniem się z innymi ludźmi w bezpośrednich kontaktach?

Może będzie przeciwnie - przed nami świat otwarty na oścież, rzeczywistość prawdziwie wolnych decyzji i nieskrępowanego kosmopolityzmu? No cóż, odpowiem jako antropolog kultury, a więc ktoś, dla którego zarówno pesymiści, jak i optymiści są równie interesującymi przykładami współczesnej kultury intelektualnej.

Nowoczesna technologia nie jest z pewnością przyczyną takiego, a nie innego stanu kultury społeczeństwa. Jest raczej tak, iż w naszym kręgu kulturowym (euroatlantyckim czy nowożytno-europejskim) pojawiła się ona w sytuacji, gdy trudno już było mówić o społeczeństwach tradycyjnych, zastąpionych bardziej złożonymi formami organizacji życia. Wszystkie procesy, o jakich się wspomina w kontekście debaty o wirtualizacji kultury, zaczęły się o wiele wcześniej. Atomizacja więzi społecznych, indywidualizacja, sekularyzacja, pojawienie się klasy średniej, rosnąca ilość czasu wolnego itp. to wszystko zjawiska typowe dla nowoczesności, wielekroć opisane, choćby przez Maksa Webera. To także zjawiska niezbędne, aby istniała wiara w postęp i rozwój cywilizacyjny, którego istotnymi znakami są dzisiaj komputer, sieć, cyberprzestrzeń.

Wszystkie technologiczne nowości nie pojawiają się w społecznej próżni, ale właśnie w kulturze pokładającej wiarę w jakość życia opartego na technice najwyższej jakości, ale udostępnianej ludziom po to, aby im także żyło się lepiej, wygodniej. To nie jest tak, jak niekiedy czytamy, że ustawienie w domu rodzinnym komputera natychmiast spowodowało zmianę stylu życia, rozpad dotychczasowego modelu rodziny itp. Powiedziałbym, iż ów symboliczny komputer obnażył jedynie to, co permanentnie już w społeczeństwie tkwiło. Przypomnijmy sobie zresztą, że nie tak dawno winiono za analogiczne zjawiska bezduszne pudło telewizora!

Powodzenie wszelkich wspólnot wirtualnych jest dowodem na to, że nie tyle życie społeczne się rozpada, ile zmienia się jego charakter. Powstające w każdej nieomal sekundzie kolejne "nowoplemiona" a to miłośników fantasy, a to antyglobalistów, to znów zwolenników tego i owego są przykładem poszukiwania więzi z innymi, choćby były one nietrwałe, oparte na powierzchownej fascynacji, zmieniane zależnie od nastroju. Nowoplemiona dowodzą, iż człowiek musi gdzieś przynależeć, trudno mu żyć samotnie, bez braci z jakiejś, wirtualnej choćby, wspólnoty empatycznej. Czy winić należy technologię, iż tzw. tożsamości narzucone (rodzina, narodowość, religia) dzisiaj już nie wystarczają?

Trudno jednoznacznie wypowiadać się na temat potencjalnych zmian, jakie przyniesie swoiste przesunięcie życia społecznego do ram komunikacji zapośredniczonej technologicznie. Wiemy doskonale, że na cybernetycznym pniu rodzą się fikcyjne narody, państwa, powstają języki etniczne (sic!). Znajdziemy tu także wszelkie możliwe formy dewiacji, możemy zaznajomić się z odwiecznymi kompleksami i obsesjami kulturowymi (wystarczy np. w wyszukiwarce internetowej wystukać penis enlargement, aby przekonać się o ich ogromie).

Paradoksalnie jednak w cyberprzestrzeni kształtują się rzeczywiste narody, nie istniejące w ogóle w okresie BC (Before Computer). Współczesna antropologia kultury bada właśnie ten fenomen na przykładzie Indian północnoamerykańskich. Jedno z plemion - Oneida - tylko dzięki Internetowi stało się narodem, kiedy to jego elita zaczęła rekonstruować dzieje plemienne, korespondować z Białym Domem w celu uzyskania dostępu do treści traktatów pokojowych. Członkowie Oneida, rozrzuceni po świecie, "odnaleźli" się w sieci, stworzyli narodową mitologię, dopracowali się tożsamości, pieczołowicie dbają o język. Nie mogliby o tym nawet marzyć, gdyby skorzystali z bardziej tradycyjnych form komunikowania się.

Komputer ma jedną magiczną cechę. Będąc machiną umożliwiającą autentyczną kompresję czasu i przestrzeni, pozwala na globalną żeglugę po świecie informacji i obrazów w zaciszu domowej lokalności. Zezwala tym samym na ugruntowanie się uczucia, że życie online jest życiem w rodzinie spajanej informatyczną wiarą, iż nie jesteśmy sami na świecie. A co z życiem offline, tak podobno zagrożonym przez to pierwsze? Na razie to, co zwiemy socjalizacją, a więc uczeniem się życia w społeczeństwie i kulturze, w jakich przyszło nam się urodzić, nadal przebiega bez przeszkód. Odróżniamy sprzedawczynię w sklepie od Lary Croft, a obowiązki wobec młodszego brata od lojalności wobec wirtualnych współplemieńców. Skoro jednak i Kościół w kraju poważnie rozważa możliwość transmisji mszy w Internecie, widomy to znak, że rzeczywistość i hiperrzeczywistość zmuszone zostaną do koegzystencji.

Prof. dr hab. Wojciech J. Burszta jest kierownikiem Zakładu Studiów nad Kulturą Współczesną w Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.


TOP 200