Złoto do złota...

Zaczyna się całkiem prosto: na jakąś powierzchnię rzuca się odrobinę złota, taką małą, złotą plamkę. No i zaraz zaczynają się schody, bo teraz należałoby dołożyć obok, ale bardzo blisko, drugą taką. No i jak uzyskać to blisko, skoro oznacza to kilkadziesiąt nanometrów?

No, nie uda się tak, chociaż znam przypadek, gdzie kwiaty, wyrzucone z kabiny samolotu, dla uświetnienia odbywającej się w dole plenerowej uroczystości towarzysko-rodzinnej, wpadły do komina kotłowni ośrodka, w którym to się działo.

Zrobimy więc inaczej: w tej pierwszej plamce wytniemy szczelinkę laserem i będzie, co miało być. Dwie grudki ze złota rozdzielone wąską, bardzo wąską, szczelinką. I nie o złoto, tylko o tę szczelinkę tu idzie, bo zamiast złota mogłoby być nawet i żelazo, ale wtedy szczelinka, zarastając rdzą, natychmiast przestałaby być szczelinką...

A ma ona nam służyć jako szczelinowa antena, dostosowana do obioru fal elektromagnetycznych o długościach wyrażanych w dziesiątkach nanometrów, czyli światła, z pasma chyba już ultrafioletu.

I w tym miejscu wypada zapytać: po co to wszystko komu, skoro innego typu odbiorników światła mamy już aż nadto? Ci, którzy tymi szczelinkami w złocie się zajmują, też jeszcze nie bardzo wiedzą, ale jedno już stwierdzili: oświetlenie szczelinki laserem pociąga tam za sobą drgania swobodnych elektronów z częstotliwością padającego na antenę światła, czego wynikiem jest powstawanie pola elektromagnetycznego, tyle, że tysiąc razy silniejszego, niż to na wejściu. Dodatkowe układy wzmacniające pomnożą to jeszcze kolejny tysiąc razy, a wtedy możliwa ma być analiza spektralna, pozwalająca wykryć nawet pojedynczą cząsteczkę substancji poddawanej próbie identyfikacji, np. trucizny.

To jednak dopiero pierwsze, chociaż obiecujące eksperymenty. A u nas mamy głęboką noc (i nie jest to aluzja do stanu naszej nauki), a na ekranie telewizora tylko skaliste góry, kontenerowe osiedle, grupa ludzi i stalowa wieża ze złotym kółkiem na szczycie. Tak naprawdę ma ono tylko taki, jasno-złoty, kolor, bo samo z pewnością jest ze stali. Godziny się wloką, niby nic się nie dzieje. Aż wreszcie - złote kółko rusza. I tak będzie się kręcić do końca całej akcji - kręci się w lewo (na ekranie), znaczy - kapsuła jest w drodze na dół. Gdy w prawo - metalowa kapsuła, z zamkniętym wewnątrz człowiekiem, zmierza ku powierzchni ziemi.

Nie żal zarwanej na oczekiwanie nocy - zanim wyjdę do pracy wyjeżdża pierwszych trzech. Z pracy szybko do domu, by być świadkiem do końca. Zauroczenie, autentyczne wzruszenie i wspólnie z tamtymi odczuwana radość. I - już pod koniec - gdy rośnie tempo, obawa, czy aby nie zwyciężyło upojenie dotychczasowym sukcesem, skutkujące mniejszą ostrożnością. Ale - wszystko kończy się dobrze...

Przyjemnie było patrzeć na perfekcyjnie działającą mechanikę i tylko mechanikę, bo innej techniki nie było widać. Kółko, lina, kapsuła... Ale gdy spojrzeć uważniej - przed każdym opuszczeniem na szczycie kapsuły montuje ktoś świeży reflektor z diod LED i kamerę. Zapewne więc, gdzieś w tle, ktoś analizuje obraz ścian szybu z poprzedniego zjazdu-wyjazdu.

A zupełnie w tle pozostaje najważniejsza w tym wszystkim osoba - maszynista maszyny wyciągowej, od którego uwagi zależy tak bardzo wiele. Pokazują go kilka zaledwie razy, ale - co widać przy okazji - z wszystkich uczestników akcji on jeden wpatruje się w komputer, który stoi bezpośrednio na jego maszynie.

I - pośród tej powszechnej szczęśliwości - nikt jakoś nie wspomina, że ci wszyscy, tak wielkim wysiłkiem uratowani, znaleźli się tam, na dole, by ktoś mógł, spokojnie i bezpiecznie, do złota dokładać kolejne złoto. I to bynajmniej nie w skali nano...


TOP 200