Zasada ograniczonego zaufania

Jak się okazuje, w tym roku Google skasowało bez zapowiedzi bloga amerykańskiego pisarza Dennisa Coopera. W powietrze poszedł efekt wielu lat jego pracy twórczej. Nieważne, jakie były powody tej decyzji. Istotniejsze jest to, że pisarz nie miał żadnej kopii archiwalnej swojej twórczości. Można nazwać to, delikatnie mówiąc, wielką nieroztropnością.

Dziwią mnie w dzisiejszym świecie różne rzeczy, w tym także lekkie podejście do oferowanej technologii użytkowej. Ludzie zbyt pochopnie pokładają wiarę w niezawodność składowania cyfrowej informacji. Faktem jest, że zazwyczaj nie chodzi o sprawy istotne. Niemniej przechowywanie setek e-maili w chmurze bez żadnego zabezpieczenia można wybaczyć jedynie w przypadku prywatnej korespondencji, chociaż i na tym polu utrata dla niejednego byłaby katastrofą.

Jeśli nie ma się umowy z firmą dostarczającą usługi chmurowe o określonej jakości i zakresie, trudno spodziewać się odpowiedzialności za nasze zasoby. Muszę powiedzieć, że nie rozumiem ludzi przechowujących gigabajty prywatnych danych gdzieś tam, na darmowych serwerach, nawet renomowanych firm.

Zobacz również:

Nie masz umowy, nie płacisz, nie masz prawa do odszkodowania, czyli żadnego bata na dostawcę usług. Zdaję sobie sprawę, że konfiguracja klienta pocztowego, który przenosiłby korespondencję lub ją przynajmniej kopiował na lokalny komputer, to dla większości użytkowników sprawa nie do przeskoczenia. Ale przynajmniej istotne pliki można już sobie przyswoić lokalnie poprzez proste pobranie z okienka webowego. Cóż, czasami i to zbyt trudne. Ale co tu wiele wymagać, skoro nader często zdarza się, że osobnik posługujący się komputerem ma nawet problem z prostym kopiuj-wklej (a przynajmniej ta część społeczeństwa, która studia kończyła przed nastaniem internetu), co skutecznie ogranicza jego poczynania i naraża na straty.

Ileż to razy jestem świadkiem, jak ktoś pisząc przydługiego e-maila bezpośrednio w okienku usługi internetowej, mozoli się z tym dłuższy czas, aby w końcu, naciskając nieopatrznie jakiś przycisk, wysłać wszystko w niebyt. Gdyby najpierw sklecił tekst w dowolnym edytorze i następnie wkleił jego zawartość do maila, byłoby mniej rozczarowań. Ale cóż, każdy sobie rzepkę skrobie.

Ludzie ufają technologii, postępując zbyt bezkrytycznie. Zarówno w zakresie istotnych, jak i całkiem prywatnych zasobów. Znikanie treści to jedna strona medalu. Zdalne składowanie i publikowanie prywatnych informacji wydaje się mało bezpieczne i łatwo może być w dowolny sposób nadużyte przez osoby trzecie. Pakowanie do internetu setek prywatnych zdjęć i innych plików nie jest najlepszą receptą na szczęście, gdyż można w ten sposób stracić znacznie więcej niż tylko dane.


TOP 200