Za i przeciw

Wprowadzanie zmian nie idzie w parze z ludzkim przywiązaniem do stabilizacji. Ujmując problem inaczej: zmiany mogą być przyjmowane obojętnie, jeżeli nie dotyczą zainteresowanych, lub entuzjastycznie, jeżeli przynoszą im wymierne korzyści.

Wprowadzanie zmian nie idzie w parze z ludzkim przywiązaniem do stabilizacji. Ujmując problem inaczej: zmiany mogą być przyjmowane obojętnie, jeżeli nie dotyczą zainteresowanych, lub entuzjastycznie, jeżeli przynoszą im wymierne korzyści.

O wpływie zmian na postawy ludzkie napisano już dosyć pokaźną liczbę publikacji, co zresztą nie zmienia ani na jotę istoty sprawy. Zupełnie jak z niektórymi chorobami - znane są objawy, ale nie ma sposobu na ich wyleczenie.

Jakakolwiek ingerencja w istniejący układ powoduje mniejsze lub większe perturbacje, których natężenie zależy od tego, komu zmiany wychodzą na korzyść, a komu nie. Weźmy, jako przykład, wdrażanie kompleksowego systemu informatycznego dowolnej branży. Informatyka zazwyczaj wymusza pewne zmiany organizacji pracy, jeżeli organizacja odbiega od poziomu optymalnego. Pewne działy ulegają likwidacji lub zostają wchłonięte przez inne, ulega także korekcie zakres czynności na wielu stanowiskach. Oczywiście, pociągnięcia takie nie muszą wcale wynikać z wprowadzania informatyki - wystarczy zwykła reorganizacja. A gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą - tak więc jeśli ktoś zostanie zdegradowany, to komuś przybędzie pracy w ramach tej samej stawki itd. Rzecz jasna nikt z zachwytem nie wita perspektywy pogorszenia się warunków, więc bunt, torpedowanie decyzji i kłótnie bywają na porządku dziennym. Większość oponentów nie chce przyjąć do wiadomości, że zmiany nie mają na celu poprawienia sytuacji jednostek, ale całości układu, przy możliwych negatywnych skutkach z tego wynikających dla pewnych grup pracowników. Liczy się cel nadrzędny, którym zazwyczaj jest dobro firmy. Ktoś się obrazi, ktoś się zwolni - ale przedsiębiorstwo funkcjonuje dalej.

Planowana reforma administracyjna w Polsce wzbudza analogiczne emocje. Redukcja liczby województw nie jest przyjmowana z zachwytem przez likwidowane ośrodki władzy terytorialnej, a przez obecnych decydentów tamże - w szczególności. Ale jak już wspomniałem wcześniej, liczy się interes globalny, a nie jednostkowy. Dlatego protesty przeciwko likwidacji województw z jednej strony są naturalnym odzwierciedleniem obaw ludzkich (a zwłaszcza organizatorów tychże protestów), z drugiej - bezzasadną próbą wpłynięcia na w zasadzie z góry przesądzone decyzje.

Zastanawia mnie także, jaki sens ma tworzenie publikacji o postawach ludzkich wobec zmian, skoro postawy - jakie są, takie są - i nikt nie potrafi znaleźć recepty na poprawę stanu faktycznego. Problem uświadamiania zjawiska nijak nie wpływa na jego przebieg. Wcale nie trzeba czytać uczonych rozpraw, aby przewidzieć, że zmiany - bez względu na ich zasadność oraz mimo dobrze i szeroko prowadzonej kampanii propagandowej - zawsze spowodują odruchy obronne u ludzi, którzy na tym procederze mają wyjść jak Zabłocki na mydle.


TOP 200