Za dużo, za mało

Uczestniczyłem ostatnio w pewnej konferencji, na której szalenie zatroskani ludzie - dyrektorzy, prezesi, konsultanci i profesorowie - rozważali zagadnienia podstawowej wagi, a mianowicie reform w polskich przedsiębiorstwach.

Uczestniczyłem ostatnio w pewnej konferencji, na której szalenie zatroskani ludzie - dyrektorzy, prezesi, konsultanci i profesorowie - rozważali zagadnienia podstawowej wagi, a mianowicie reform w polskich przedsiębiorstwach.

Chodzi o to, aby przedsiębiorstwa gospodarowały z większym sensem (jakby gospodarowanie bez sensu miało jakikolwiek sens) i ku zadowoleniu właścicieli, menedżerów i załogi. Myślę, że dla wszystkich jest oczywiste, iż największą głębię problemu osiągały przedsiębiorstwa państwowe i takie, które dopiero co uzyskały właściciela. Już sam katalog spraw do załatwienia może przyprawić o ból głowy, a co dopiero reakcję załóg na mniej zręczne ich załatwianie.

Dowiedziałem się, że kilkutysięczne przedsiębiorstwo jest w stanie zablokować 8 (słownie: ośmiu) niezadowolonych pracowników niskiego szczebla. Przypadek ten przeanalizowano dokładnie, ale mnie najbardziej zafrapowało wyjaśnienie, dlaczego owi ludzie (ośmiu) byli niezadowoleni. Okazało się, że nie mieli konkretnego powodu do buntu. Co więcej, w bliskiej perspektywie zyskaliby na zmianach. Przyczyną ich postawy było tylko i wyłącznie - co najmniej w zgodnej opinii specjalistów (jednak specjalistów, choć "po herbacie") - niedostarczenie im w terminie wystarczającej informacji o tym, co dokładnie zaplanowano (bo ogólnie wiedzieli) dla nich na najbliższą i dalszą przyszłość. Zablokowali olbrzymią fabrykę, bo za mało wiedzieli o konsekwencjach wprowadzanych zmian.

Dlaczego to jest takie zadziwiające? Przecież gdyby tak zinterpretowano to wydarzenie w gazetach, wszyscy potraktowaliby fakt niedoinformowania, jako oczywisty powód buntu. "Nic o nas bez nas" - skąd i odkąd to znamy. Dlaczego to powinno być jednak zadziwiające, a bynajmniej zastanawiające dla informatyków? Dlatego że informatycy przyzwyczaili się opisywać dzisiejszy świat jako zalewany takimi falami informacji, w których wręcz można utonąć.

Epatujemy się opisami zasobów informacji, do których szybko można mieć dostęp, zachwycamy szybkością obiegu informacji, sposobami jej magazynowania, przechowywania, przesyłania, przetwarzania, dysponujemy możliwościami tworzenia na tej podstawie nowych produktów, usług, dochodów. W oczach informatyków - świat tonie w nadmiarze informacji, a ich główną troską staje się uporządkowanie tego dobra, wymyślenie różnych filtrów na informacje ważne i niepoważne, potrzebne i zbędne, takie i owakie. A tymczasem okazuje się, że ze społecznego - a nie technologicznego - punktu widzenia sprawa ma się zupełnie inaczej. Nie ma nadmiaru informacji, jest walka o nie. Warunkiem powodzenia ważnych społecznych przedsięwzięć jest przekazanie informacji tam, gdzie jest ona oczekiwana, do konkretnej osoby, której dotyczy. Ta informacja - tak ważna, wręcz strategiczna - wcale mu się nie narzuca. Wręcz przeciwnie, trzeba szczególnych zabiegów tej osoby, by ją uzyskała. A bardziej doświadczeni reformatorzy powtarzają w nieskończoność mniej doświadczonym kolegom: "Pamiętajcie, aby wasi ludzie byli dokładnie, co do szczegółu, poinformowani o tym, co się dzieje, co ich czeka, jak mogą się zachować".

Czy więc są dwa światy informacji: tych, których jest za dużo i tych, których jest za mało? Świat informacji, które nas zalewają i ubezwłasnowolniają, i świat informacji, które same z siebie nie rozprzestrzeniają się, a nieupowszechnienie ich może spowodować krach zarówno dużych społeczności, jak i małych grup?

W każdym razie informatycy jeszcze nie umieją podrzucić narzędzia, mogącego spowodować, żeby do każdej osoby na pewno dotarły te informacje, które koniecznie powinny do niej dotrzeć, oraz by nie docierały te mniej lub bardziej zbędne. Dla pocieszenia dodam, że narzędzie takie nie wymaga złożonego oprogramowania. Wystarczy sprawna głowa i umiejętność mowy.


IBM Think Digital Summit Poland, 16-17 września 2020
TOP 200