Z oczami zwróconymi ku gwiazdom

W dniu, w którym piszę ten felieton, Kraków i cała Polska pożegnały Stanisława Lema. Oglądając telewizyjne przebitki z pogrzebu uświadomiłem sobie, że wraz z pisarzem do grobu odchodzi pewna epoka, którą nazwałbym epoką patrzenia w gwiazdy.

W dniu, w którym piszę ten felieton, Kraków i cała Polska pożegnały Stanisława Lema. Oglądając telewizyjne przebitki z pogrzebu uświadomiłem sobie, że wraz z pisarzem do grobu odchodzi pewna epoka, którą nazwałbym epoką patrzenia w gwiazdy.

Epoka ta charakteryzowała się wielkimi przedsięwzięciami podejmowanymi w imię postępu nauki. Sceptycy na pewno dodadzą potrzeby machiny militarnej i będą mieć rację - choć ja wolę myśleć przede wszystkim o śmiałej wyobraźni, która kazała ludziom patrzeć dalej, myśleć śmielej i ciągle na nowo stawiać proste pytanie: dlaczego?

Informatyka jest dzieckiem tej epoki, choć dzieckiem z nie całkiem prawego łoża. Przypomnę, że John von Neumann pracował w projekcie Manhattan, zaś Alan Turing w brytyjskim Bletchey Park. Dziś nie ma takich przedsięwzięć - albo przerodziły się w biurokratyczne, stetryczałe instytucje jak NASA, albo w przedsięwzięcia czysto komercyjne. Tymczasem ojcowie-założyciele informatyki nie tworzyli żadnego biznesplanu ani nie budowali start-upu, który można by następnie wprowadzić na giełdę albo sprzedać inwestorowi strategicznemu, pomnażając zainwestowany kapitał przez sto.

Gdyby nie takie przedsięwzięcia jak projekty Manhattan i Apollo, nie byłoby dziś wielu wynalazków - także tych z informatyki. Gdyby nie loty kosmiczne nie mielibyśmy megabitowych łącz międzykontynentalnych dostępnych za naprawdę umiarkowane pieniądze. Gdyby nie potrzeby symulowania reakcji jądrowych i termojądrowych, nie rozwinęłaby się technologia superkomputerów. Gdyby nie potrzeba zbudowania sieci odpornej na zniszczenie, nawet 40% infrastruktury (a więc całkowicie zdecentralizowanej), nigdy nie powstałby Internet. Gdyby nie potrzeba szpiegowania wroga, nie byłoby dziś zdjęć satelitarnych dostępnych za darmo przez Google Maps. Gdyby nie rozwój kosmicznej technologii laserów, nie mielibyśmy dziś sprzętów domowych korzystających z niej do tak prozaicznych rzeczy jak słuchanie muzyki czy oglądanie filmów, a przecież tylko w swoim mieszkaniu naliczyłem 5 takich urządzeń plus jedno w samochodzie.

Dziś wielkie korporacje dysponują budżetami na badania przewyższającymi wydatki budżetowe wielu krajów. Dobrym przykładem jest Microsoft, który na badania i rozwój wydaje kilka razy więcej niż czterdziestomilionowy naród w centrum Europy - Polska. To samo robi Intel, Oracle, Cisco... Tylko że te badania prowadzą do usprawnień, a nie do przełomu. Przedsiębiorstwa kierują środki na badania celowe z punktu widzenia rozwoju ich produktów, nie zaś z punktu widzenia państw i społeczeństw. I tak dorobiliśmy się mniejszych i szybszych procesorów, ale fundamenty technologii półprzewodnikowej nie zmieniły się od dziesiątków lat. Nadal nie ma mowy o biokomputerach lub komputerach optycznych - nikt nie rozwija tych technologii, bo są one po prostu za mało perspektywiczne w porównaniu ze stosunkowo pewnym interesem na krzemie. Wzrastają liczby megaherców i megabajtów w scalonych kościach, ale od zbudowania myślącej maszyny jesteśmy dziś chyba równie daleko, co dwadzieścia lat temu. Spójrzmy prawdzie w oczy: bez badań podstawowych i śmiałych przedsięwzięć przeprowadzanych nie oglądając się na break even nie ma długofalowego rozwoju ludzkości. Można pewnie jeszcze kilkadziesiąt lat obracać, usprawniać, przyspieszać i wygładzać - ale czy doprowadzi się w ten sposób do jakościowego przełomu? Moim zdaniem nie - i jest to bodaj najważniejsza lekcja, której nauczyłem się z książek nieodżałowanej pamięci Stanisława Lema, pochowanego dziś (kiedy piszę te słowa) na krakowskim Salwatorze.


TOP 200