Z fabryki do warsztatu

Piętnaście lat zawodowo zajmuję się informatyką i przez ten czas obserwuję postępującą profesjonalizację tej dziedziny.

Piętnaście lat zawodowo zajmuję się informatyką i przez ten czas obserwuję postępującą profesjonalizację tej dziedziny.

Z gorszych języków programowania przesiadamy się na lepsze, z bardziej skomplikowanych narzędzi na prostsze, doskonalimy swoje działania tak, by z większą pewnością uzyskiwać założony efekt, stosujemy coraz szerzej standardy i metodyki... i, last but not least, doskonalimy nasze metody zarządzania.

Dojrzewa również model edukacji informatycznej - robi się z niego prawdziwa "fabryka umiejętności". Informatyk - niegdyś "guru", posiadacz wiedzy tajemnej, dziś w coraz większym stopniu jest "produktem" pewnego schematu kształcenia, na który składają się kierunkowe studia wyższe, specjalistyczne kursy i egzaminy, a także kształcenie za pomocą nowoczesnych środków informatycznych: kursów e-learning, testów online, internetowych transmisji multimedialnych itd. A wszystkie te środki ukierunkowane są na cele biznesowe: budowę takich kompetencji, by umiejętnie rozwijać lub wspierać infrastrukturę informatyczną organizacji. Słowem, dzisiejsze kształcenie informatyków to prawdziwy przemysł edukacyjny.

Zastanawiam się jednak, czy czegoś nie tracimy. Myślę o relacji mistrz-czeladnik, którą chyba pochopnie zastąpiliśmy relacjami umiejętność-kurs, człowiek-komputer, trener-uczestnik kursu. Zauważmy, że zupełnie inny jest charakter i horyzont takiej relacji. W "fabryce umiejętności" następuje przekazywanie skondensowanej informacji "jak coś działa i co można z tym zrobić". Relacja ma charakter krótkoterminowy, właściwie trwa okamgnienie - bo jak inaczej można określić jedno- albo dwudniowy kurs, po którym następuje egzamin.

Zupełnie inaczej jest w relacji mistrz-czeladnik. Tam przekazywanie umiejętności odbywa się na konkretnych przykładach. Mistrz powierza zadania czeladnikowi - najpierw te prostsze, wiążące się z mniejszą odpowiedzialnością, a potem coraz bardziej złożone. Uczy czeladnika nie tylko rzemiosła, ale i handlu, stanowiąc jednocześnie wzorzec kariery, a często i cech osobowych. I najważniejsze, w przeciwieństwie do "fabryki umiejętności" w warsztacie przebywa się razem przez cały czas i przekazywanie wiedzy ma charakter ciągły i całościowy. Jestem pewien, że w niejednym z nas tli się tęsknota za mistrzem.

Ilekroć w odniesieniu do fragmentu kodu lub rozwiązania infrastrukturalnego zdarzy się Państwu użyć słowa "majstersztyk", proszę pamiętać, że początkowo oznaczało ono pracę końcową czeladnika - zadanie, które promowało go na mistrza. Taki "majstersztyk" to ostateczny i namacalny dowód, że ktoś dojrzał jako profesjonalista i stał się pełnoprawnym uczestnikiem społeczności cechowej.

Chciałbym nieśmiało zauważyć, że zawody oparte na wiedzy, takie jak architekt, prawnik i naukowiec, nadal stosują model czeladnik-mistrz w awansie zawodowym. Młody profesjonalista, uzyskawszy formalne wykształcenie, nadal kształci się w "warsztacie mistrza", podglądając jego działania i przejmując jego umiejętności. Dlaczego nie robią tego informatycy? Czyżby przywiązani na co dzień do technokracji nie zauważali, jak wiele szans kryje się w tradycyjnym modelu budowania kwalifikacji zawodowych? A może boją się "ciemnej strony" relacji mistrz-czeladnik, czyli wykorzystywania młodych przez starych oraz cechów zawodowych ograniczających awans i karierę?

Tak czy inaczej, namawiam dziś wszystkich, aby w swojej organizacji nie polegali jedynie na technokratycznej "fabryce umiejętności", a znaleźli miejsca, gdzie owoce może dać tradycyjny model warsztatu rzemieślniczego.


TOP 200