Wywoływacze i utrwalacze

O ile słowo ''wywoływacz'' jest w polskim dość jednoznaczne (gdy pominąć wywoływaczy duchów, bo tu wszystko jest możliwe), o tyle "utrwalacz" ma już kilka znaczeń.

O ile słowo ''wywoływacz'' jest w polskim dość jednoznaczne (gdy pominąć wywoływaczy duchów, bo tu wszystko jest możliwe), o tyle "utrwalacz" ma już kilka znaczeń.

Poza właściwym, określającym substancję chemiczną usuwającą z powierzchni zdjęcia nienaświetlony materiał światłoczuły, mianem utrwalacza, w języku potocznym, przyjęło się określać napój alkoholowy słabszy, przedłużający oddziaływanie na organizm ludzki, wypitego wcześniej, podobnego napoju mocnego. Podłoże takiego zabiegu jest przede wszystkim ekonomiczne, gdyż jego celem jest osiągnięcie efektu działania napoju mocniejszego (a więc droższego) przy niższych wydatkach.

Jeszcze inne znaczenie słowa "utrwalacz", o zdecydowanie pejoratywnym odcieniu, bywa odnoszone do osób, które, zaraz po wojnie, czynnie zaangażowały się w utrwalanie nowego wówczas ładu społeczno-politycznego.

Pozostając w pobliżu tego ostatniego znaczenia, można stwierdzić, że w każdej dziedzinie: polityce, sprawach społecznych, nauce, sztuce i wiedzy praktycznej (informatyki nie wyłączając) znajdziemy podobne przypadki. Zawsze wtedy pojawia się ktoś z nową ideą (wywoływacz) i pociąga za sobą szeregi (a czasem i rzesze) wyznawców. Pewna część tych ostatnich popiera go czynnie, wnosząc do sprawy jakiś wkład (utrwalacze), a cała reszta biernie i na ślepo podąża za sztandarem, dźwiganym przez najwierniejszych w bezpośredniej bliskości przywódcy.

Przywódcom takim zdarzają się jednak życiowe wolty, kiedy to, po wielu latach, stają oni w wyraźniej opozycji do przekonań, które sami wcześniej głosili. Bywa tak i z naprawdę wielkimi, jak np. ekonomista Joseph Schumpeter, i z mniejszymi (by nie rzec - całkiem małymi), czego przykładem jest profesor, który doradzał nam w początkach naszej transformacji ustrojowej.

Tak więc nasz wywoływacz zmienia się w utrwalacza, i to często wcale nie własnych, kiedyś postępowych bądź nawet rewolucyjnych, poglądów.

Z pewnego punktu widzenia taką kolej rzeczy można uznać za naturalną: najpierw coś się zdobywa czy podbija, a następnie, przed sięgnięciem po kolejną zdobycz, próbuje się utrwalić układ powstały w wyniku dopiero co dokonanego podboju. W przeciwnym razie powstaje ryzyko utraty zdobyczy i wiązanych z nią nadziei na korzyści.

W ten sposób postęp następuje systematycznie, chociaż skokowo.

W informatyce zaś sytuacja, z tego punktu widzenia, jest przeciwna, by nie rzec - przedziwna. Uprawiając w zapamiętaniu ciągły bieg do przodu, zapomina się często o umocnieniu się na dopiero co zdobytych pozycjach i już rusza na kolejne. Toteż wkrótce na pozycjach tych okopują się kolejni zdobywcy, których przeznaczeniem są zaniedbania identyczne z popełnionymi przez poprzedników.

Wynikający z tego postęp następuje bez wątpienia szybko, ale każdy z jego przejawów żyje krótko i zanika, ustępując miejsca następnemu, który wkrótce dzieli jego los. Pozostają tylko skutki w postaci wielce obiecujących składników sprzętu, a także narzędzi i rozwiązań programowych, którymi nikt potem nie chce się zajmować, a jeżeli już, to za nieprzyzwoicie wysokim wynagrodzeniem.

W końcu ponad tysiąc języków programowania komputerów (ciągle w użyciu) i ze dwa razy tyle tych już zaniechanych, nie wzięło się znikąd. A w ogóle - to co to za języki, skoro ani się w czymś takim oświadczyć, ani zakląć szpetnie...

To zaś sprowadza nas w końcu do podstawowych i związanych z chemią fotografii znaczeń naszych tytułowych słów: zdjęcia, które zostaną wywołane, ale nie doczekają się porządnego utrwalenia, pod wpływem światła szybko żółkną i z czasem najpierw stracą szczegóły, a następnie przestaną być w ogóle widoczne. Zasada "nic trwalszego nad prowizorkę" nie chce jakoś tu działać...


TOP 200