Wystarczyłby jeden telefon

Janusz Wojciechowski jest kolejnym prezesem Najwyższej Izby Kontroli, który do mnie nie zatelefonował. Efekty tego widzi dzisiaj cała Polska.

Janusz Wojciechowski jest kolejnym prezesem Najwyższej Izby Kontroli, który do mnie nie zatelefonował. Efekty tego widzi dzisiaj cała Polska.

Ja nie wiem, do kogo prezes Janusz Wojciechowski telefonował, być może nawet próbował telefonować do mnie, a ja mogłem np. w tym czasie zażywać kąpieli, czego przyznaję żałuję, bo gdyby pan prezes się do mnie dodzwonił, to wszystko mogło być zupełnie inaczej. Żałuję też, że jeśli próbował do mnie telefonować, nie spróbował zatelefonować jeszcze raz, gdy np. siedziałem przy biurku i czytałem różne materiały na temat informatyzacji Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Nie wiem więc do kogo telefonował prezes Janusz Wojciechowski, wiem natomiast z całą pewnością, że treść i charakter otrzymywanych porad zależą od tego, od kogo się je dostaje. Nie wiem od kogo dostawał je prezes Janusz Wojciechowski, wiem jednak, że ja dostałem marnej jakości odpowiedzi na pytania, właściwie nie dostałem żadnej odpowiedzi na pytania, które zadawała spora część społeczeństwa, że dostałem rozmijający się z meritum sprawy raport Najwyższej Izby Kontroli po kontroli informatyzacji Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Dostałem, jak mówi mój starszy syn, a ja to u niego zwalczam, dostałem kwas i chyba rozumiem, co mój starszy syn ma na myśli mówiąc kwas.

Gdyby prezes Janusz Wojciechowski do mnie zatelefonował, jeszcze raz wyrażę swój żal z powodu tego, że nie zatelefonował, gdyby więc zatelefonował, powiedziałby w te słowa: "Panie Wojtku, moja instytucja ma skontrolować coś, czego nigdy nie kontrolowała. Nigdy też dotąd nie było kontroli, w której odczuwaliśmy tak silne i wielostronne naciski. Panie Wojtku, z tym wszystkim sobie poradzimy. Najważniejsza kwestia, w której chciałbym, aby mi Pan pomógł, to nakierowanie nas na to, co mamy kontrolować" - powiedziałby tak z całą pewnością prezes Najwyższej Izby Kontroli Janusz Wojciechowski.

"Panie Prezesie - tak bym ja powiedział - wiem, że zadanie, przed którym stanęła Najwyższa Izba Kontroli, jest trudne. Zanim jednak wskażę Panu, moim zdaniem, właściwą drogę, pozwoli Pan, że opowiem Panu pewną historię. Otóż pewien dziadek, wykorzystując wszelkie znane mu metody pedagogiczne, usiłował wytłumaczyć swemu wnukowi, że najważniejszym, że największym słowem jest słowo honor. Wnuczek, choć mały, wdał się z dziadkiem w polemikę i przekonywał, że zna jeszcze ważniejsze słowo. - Jakie to słowo, zapytał zdziwiony dziadek? - Kulwa - odpowiedział wnuczek, który jako reprezentant młodego pokolenia, lepiej wyczuwał charakter swoich czasów. Panie Prezesie - mówiłbym zaszczycony, że zatelefonował do mnie prezes Najwyższej Izby Kontroli - przed parunastu laty ukazała się książka "Z dziejów honoru w Polsce" i nie wiem czy Pan zauważył, że oto honor w Polsce stał się zjawiskiem historycznym. Powstanie na ten temat jeszcze wiele publikacji, dojdzie do ostrych polemik, ale problem jest w istocie zamknięty. Było, przeminęło, trafiło na wydziały historyczne uniwersytetów. Panie Prezesie, chciałbym, aby Najwyższa Izba Kontroli pokazała, że jednak nie jest to prawda. Aby pokazała, że honor w Polsce ciągle jest najważniejszy, że Najwyższa Izba Kontroli wyjdzie z honorem z kontroli informatyzacji Zakładu Ubezpieczeń Społecznych".

Jak jednak wiemy, prezes NIK nie zatelefonował do mnie i nie mogłem mu powiedzieć tego, co chciałem powiedzieć. Skutkiem tego czytam jakieś bzdury o winie prezesów Bańkowskiej i Alota, którzy na marginesie powiem winni zniknąć z życia publicznego, jeśli obarczono ich taką winą (nie znikną, dodam, bo honor to przypomnę dawne dzieje), ale powiem też, że to, co czytam, to jedna wielka pomyłka. Wspomniani tu prezesi, mający się całkiem dobrze, mimo klapy w budowie fundamentu polskiego systemu ubezpieczeń, nie mieli bladego pojęcia o mającym zostać zbudowanym systemie informatycznym. Oni są winni, ale nie tego, o co obwinia ich NIK. Prezes Bańkowska wybrała najlepszą ofertę, nie było lepszej oferty, słyszę w telewizji słowa prezesa Janusza Wojciechowskiego, ale czy najlepsza oferta to to samo, co najlepszy wykonawca? Prezes Alot miał zaakceptować jakiś aneks numer dwa do umowy, który zmieniał system rozproszony w system scentralizowany, ale czy prezes Alot miał pojęcie o tym, co zmienia? Dlaczego nie dowiedziałem się, kto opracował założenia systemu zwanego KSI ZUS? To przecież muszą być ludzie z imienia i nazwiska. Czy były to osoby ze strony klienta czy ze strony wykonawcy? Ciągle nie wiem, czy problem jest po stronie użytkownika - ZUS - czy po stronie wykonawcy - Prokom Software SA? Ciągle nie wiem, czy moje interesy jako obywatela są właściwie chronione zawartą pomiędzy ZUS a Prokomem umową. Nic właściwie nie wiem, bo z festiwalu dotychczasowych wypowiedzi osób zaangażowanych w realizację systemu informatycznego ZUS wynikają wyłącznie optymistyczne, ale sprzeczne wypowiedzi. Wypowiedzi, które zakładają - i słusznie - że materia produktu jest tak tajemnicza dla przeciętnego słuchacza, że powiedzieć można wszystko.

A ja prezesowi NIK chciałem powiedzieć, że reali- zacja takiego projektu informatycznego to odpowiedzialność zarówno klienta, jak i wykonawcy. Chciałem powiedzieć, że właśnie to powinna Najwyższa Izba Kontroli sprawdzić. Że zamówienie usługi wykonania systemu informatycznego to nie jest operacja kupna/sprze-daży ciężarówki. Chciałem wyjaśnić, co to jest - jak my to nazywamy w świecie informatyki - specyfika projektu informatycznego. Wyjaśnić, co to jest ta specyfika, co to jest projekt i co to jest projekt informatyczny. Chciałem szczególnie zwrócić uwagę prezesowi NIK na fakt, że w projekcie informatycznym nie jest najważniejsze podpisanie umowy, choć też jest ważne, aby podpisać uczciwą i odpowiedzialną umowę, ale nie to jest najważniejsze w realizacji projektu informatycznego. Nie zadzwonił. Zadzwonił do kogoś innego. Diabli wzięli.

A gdyby teraz prezes Najwyższej Izby Kontroli zatelefonował do mnie? Co bym mu powiedział, zastanawiam się? Po pierwsze byłbym smutny, nie zły, nie nieuprzejmy, nie powiedziałbym, aby zadzwonił później, bo właśnie zażywam kąpieli, byłbym zwyczajnie smutny. I powiedziałbym tak: "Panie Prezesie, obaj wiemy, że to nie miało być tak. Najprawdopodobniej Pan wie to nawet lepiej ode mnie. Zostawmy na dzisiaj jednak tę smutną sprawę. Powiem Panu jednak, że jak się temu przyglądam, odnoszę wrażenie, jakbym siedział na kukiełkowym przedstawieniu dla dzieci. Światło na scenie jest lekko przygaszone. Cwany lis skrada się do potulnego zajączka. Zaraz go zje. A ja chciałbym w tym momencie wykrzyknąć: zajączku uciekaj, uciekaj, tam czai się cwany lis! Zajączek jednak frywolnie machając uszami idzie przed siebie i nagle tumult, sierść ściele się po scenie, błyszczą w blasku reflektorów kłaki zajączka. Panie Prezesie - mówiłbym dalej, a Prezes Najwyższej Izby Kontroli słuchałby w bezdechu - Panie Prezesie, jeśli dzieci na ku-kiełkowym przedstawieniu trzymają się mocno foteli, zagryzają wargi, obgryzają paznokcie, martwiąc się o los zajączka, to mają przy tym całym zdenerwowaniu satysfakcję, że są od zajączka mądrzejsze. Na dodatek na takim przedstawieniu dobry pan reżyser zrobi wszystko, aby wszystko szczęśliwie się skończyło, bez względu na to jakie głupstwa zrobi zajączek. Jednak ja, Panie Prezesie, jestem niestety w odwrotnej sytuacji. Nie jestem już dzieckiem, więc nie potrzebuję nieustannie doświadczać satysfakcji, że jestem mądrzejszy od zajączka. Nie mam też niestety żadnego zaufania do reżysera i jak na to wszystko patrzę, lękam się, że lis rzeczywiście zajączka pożre, a następnie weźmie się za mnie. Kogo już pożarł, Panie Prezesie? Niech Pan pomyśli, bo ja teraz muszę wyjść na spacer, bo jestem zdenerwowany i muszę się uspokoić, i samemu sobie odpowiedzieć na pytanie, po kiego czorta ja sobie wypruwam flaki, gdy nikt w tym kraju nie jest zdolny do popełnienia harakiri. Może to i dobrze, Panie Prezesie, dodam, Pan pozwoli, na koniec naszej miłej rozmowy, bo mogłoby zabraknąć nam cmentarzy. Do widzenia Panie Prezesie".


TOP 200