Wojna w Sieci i w pamięci

Poniedziałkowy ranek w Poznaniu. Do tramwaju wsiada kilka nastolatek. Jadą do szkoły, są z jednej klasy. Dyskutują o analizie wiersza, którą miały napisać w domu. Ode mnie dzieli je przestrzeń dwóch pokoleń - mogłyby być moimi wnuczkami.

Poniedziałkowy ranek w Poznaniu. Do tramwaju wsiada kilka nastolatek. Jadą do szkoły, są z jednej klasy. Dyskutują o analizie wiersza, którą miały napisać w domu. Ode mnie dzieli je przestrzeń dwóch pokoleń - mogłyby być moimi wnuczkami.

Moje pokolenie zaś, mimo że samo nie zaznało doświadczeń wojny, nie było jednak od piętna wojny wolne. Zaszczepionego w dzieciństwie i młodości piętna, którego zapewne nie pozbędziemy się już nigdy.

Bo była ta wojna przez lata na ustach całego dorosłego otoczenia: dziadków, rodziców, reszty rodziny, znajomych i nauczycieli. Wojny pełno było w radiu, prasie, książkach i filmach, a później i w telewizji. O wojnie pisano wiersze i śpiewano piosenki. Mówiło się o niej i oficjalnie, i prywatnie, podczas uroczystych akademii i rodzinnych spotkań.

W trakcie tych ostatnich nie brakło i scen tragikomicznych, jak np. występy wuja jednego z kolegów, który to wuj, gdy tylko przekroczył pewną dawkę trunków, ochoczo spieszył pokazywać bliznę wojenną. Niż nadzwyczajnego, gdyby nie to, że operacja ta wymagała jednak zdjęcia spodni, bo - parafrazując za Młynarskim - "szwabska kula" ugodziła go w trakcie bitwy nad Bzurą dokładnie w pośladek.

Nasze nastolatki (albo moje chwilowe wnuczki) tymczasem jadą nadal tramwajem, a z rozmowy ich wynika, że we wspomnianej analizie wiersza każda posiłkowała się czymś znalezionym w Internecie. Jedna przyznaje, że ściągnęła dosłownie, inna, że napisała to jednak własnymi słowami, trzecia zaś twierdzi, że skonfrontowała kilka sieciowych opinii i dopiero potem napisała coś od siebie.

Z upływem czasu i nieuchronnym zmniejszaniem się liczby żyjących, którzy wojny bezpośrednio doświadczyli, sprawy wojny zaczęły schodzić na plan dalszy. Stopniowo czym innym zajmowali się filmowcy i pisarze. Patrząc na dzisiejszą Warszawę myślę, że 30, 20 a może nawet i 10 lat temu nikt nie odważyłby się wtapiać budynku przedwojennej PAST-y w ciąg innych, chociażby i bardzo zbliżonych stylistycznie budynków, gdzie nie tylko przestaje się on wyróżniać, ale dosłownie ginie.

Wówczas, odejście od tematyki wojennej przyjmowaliśmy jednak z ulgą. Wydawało nam się, że powiedziano na ten temat dostatecznie dużo, by świadomość związanych z tym okropności na zawsze trwała w umysłach ludów wszystkich walczących stron. Dziś jednak, ówczesna postawa wzbudza niejakie wątpliwości. A może należało konsekwentnie mówić Auschwitz i Birkenau, bo tak te miejsca się wtedy nazywały, i nie byłoby w Internecie licznych źródeł nam przypisujących sprawstwo tego, co tam się działo?

Bo coraz częściej jakoś rację zdają się mieć dzisiaj ci, którzy głośniej i częściej krzyczą, co samo w sobie już przywołuje ducha Józefa Goebbelsa.

Portal internetowy Google zamierza sfinansować, wydając kwotę rzędu 150 mln dolarów, udostępnienie w Internecie zasobów literatury światowej, wraz z tak bardzo przydatnymi w szkole, omówienia i komentarzami.

Protestują przeciw temu Francuzi, których rząd, na podobne działanie, może wyasygnować milion, dwa rocznie. Ich zdaniem, skutkiem może być dominacja w Sieci jednej interpretacji i jedynego słusznego punktu widzenia, narzucanych światu przez tych, których na to stać, a którzy, przy okazji, rozprawią się jeszcze z wszelkimi przejawami poglądów odmiennych.

I mnie też to jakoś poruszyło i to nie tylko dlatego, że bliskie mi są, mające przecież swe źródło we Francji, ideały oświeceniowe. Jeżeli będę miał kiedyś własne wnuczki, wolałbym aby nie musiały prezentować w szkole znalezionych w Sieci XVIII-wiecznych odpowiedzi na pytania wieku XXI (bo inne znajdą się poza pierwszym tysiącem znalezionych miejsc).

Tak, jak to już zaczyna powoli być z teorią ewolucji.


TOP 200