Władza w kablach

Często czyni się zarzut informatykom, że informatyzacja przedsiębiorstw nie spełniła pokładanych w niej nadziei, przyczyniając się głównie do eksplozji kosztów, a w niewielkim tylko stopniu poprawiając pozycję konkurencyjną w przedsiębiorstwie. Kulminacją takich opinii jest cytowany już wielokrotnie artykuł Nicholasa Carra IT Doesn't Matter.

Często czyni się zarzut informatykom, że informatyzacja przedsiębiorstw nie spełniła pokładanych w niej nadziei, przyczyniając się głównie do eksplozji kosztów, a w niewielkim tylko stopniu poprawiając pozycję konkurencyjną w przedsiębiorstwie. Kulminacją takich opinii jest cytowany już wielokrotnie artykuł Nicholasa Carra IT Doesn't Matter.

Polemice z jego autorem poświęciłem inny felieton, dziś chciałbym się skupić na problemie władzy w przedsiębiorstwie. Osoba, o której mogę powiedzieć, że jest moim mistrzem (czy raczej mistrzynią), mawiała, że władzą w przedsiębiorstwie jest nie ten, kto ma najwyższe stanowisko, a ten, którego słuchają inni.

Niby banalna konstatacja, ale przełóżmy ją na praktykę informatyzacji w przedsiębiorstwie. Od lokalnego informatyka oczekuje się opracowania koncepcji "wdrożenia systemów informatycznych dla przedsiębiorstwa". Najczęściej znaczy to, że osoba ta (grupa osób) musi jednocześnie poustawiać procesy w firmie od nowa. Proszę mnie nie przekonywać, że jest inaczej - koncepcję "najpierw procesy, potem narzędzia" w latach 90. prezentowała większość podręczników, a wdrażało może 5% przedsiębiorstw. U reszty informatyzacja była zbyt spontaniczna, żeby być poprzedzoną fazą dogłębnej konceptualizacji. Najczęściej zresztą nie był to wynik złego przygotowania, lecz tego, że otoczenie i firma zmieniały się zbyt szybko, by można było przeprowadzić uczciwe planowanie.

Wróćmy jednak do naszego przedsiębiorstwa i władzy w nim. W sytuacji, gdy to dział informatyki decyduje o narzędziach, a narzędzia informatyczne decydują o procesach, z rąk zarządu wymyka się zdolność zarządzania. Ludzie robią nie to, co powiedzą im decydenci, ale to, co jest wykonalne i racjonalne w istniejącym otoczeniu informatycznym. Nadal krążą jeszcze okólniki i regulaminy podpisywane przez zarząd, lecz i tak realne znaczenie ma telefon do administratora, który informuje, że zalecanych przez prezesa zestawień nie da się wykonać i już. Skutkiem tego władzę przejmują informatycy. Niezmiernie rzadko zresztą zdają sobie z tego sprawę, nie wspominając o tym, że nie są w stanie udźwignąć takiego ciężaru.

Organizacja, która znalazła się w sytuacji przejęcia realnej władzy przez informatyków, ma trzy wyjścia. Może uznać takie status quo i powołać szefa informatyki w skład zarządu. Może także z tym stanem walczyć - co oznacza ustawianie procesów od nowa. Międzynarodowe korporacje w takich sytuacjach przysyłają "komandosów" z macierzystej firmy i przeprowadzają informatyzację praktycznie od początku, opierając się na procesach i narzędziach sprawdzonych gdzie indziej. I wreszcie istnieje trzecie wyjście - kierowanie pretensji o niewłaściwe funkcjonowanie firmy pod adresem działu informatyki bez zgłębiania, jakie są tego przyczyny.

Jakże często widzimy to w polskich przedsiębiorstwach! Niestety, przeciętna reklama proszku do prania ma więcej inwencji i kreatywności niż wielu menedżerów "starej daty" (przy czym pojęcie wcale nie oznacza wieku, a mentalność). Zarząd nie rozumie więc, że kierowanie pretensji o złe funkcjonowanie przedsiębiorstwa pod adresem działu informatyki oznacza przyznanie się, iż de facto utracili realną władzę w firmie. Czasem trzeba aż wzywać zewnętrznych konsultantów, żeby to pokazali - o ile oczywiście mają dość odwagi, by to zrobić.

I jeśli za coś jestem wdzięczny mijającej właśnie, jak się zdaje, recesji, to właśnie za to, że bezlitośnie obnażyła takie przedsiębiorstwa, w których realna władza jest ulokowana u informatyków i menedżerów, którzy do tego dopuścili.


TOP 200