Wirus na piratów

Zastanawiać miałem się dziś nad... zresztą było to tak. Późną godziną zajeżdżam na stację benzynową. Pustka, w znaczeniu, że nikogo nie ma; na stacji przeciwnie, kupić można dużo. Do kasy podchodzę.

Zastanawiać miałem się dziś nad... zresztą było to tak. Późną godziną zajeżdżam na stację benzynową. Pustka, w znaczeniu, że nikogo nie ma; na stacji przeciwnie, kupić można dużo. Do kasy podchodzę.

Pani, która zazwyczaj w nocy dyżuruje, zlicza, a ja w tym czasie zerkam na zeszyt przed nią rozłożony, którego kartki maczkiem są zapisane, a u góry jednej z nich - jakby tytuł - widnieje słowo miłość, drukowanymi literami napisane. Nie ukrywam, że zainteresowało mnie to. Myślę, literatka kolejna rośnie, co to nocami na życie zarabia i myśli swe skrzętnie spisuje. Zapytałem... "Nie, to notatki z psychologii; pojutrze mam egzamin" - usłyszałem. Myślałem dalej, czego to można się o miłości nauczyć w objętości półtorej kartki zapisanej w zeszycie. Pytam dalej. "Nie, to chodzi o miłość między kobietą i mężczyzną, między rodzicami i dziećmi..." - usłyszałem. Ciekawy, czego jeszcze teraz uczą na psychologii (niestety, nie wiem, w jakiej szkole), poprosiłem o wyjaśnienie. Jakie dalsze były rozdziały w zeszycie? Ciało, środowisko, technika... Jest jasne, że zapytałem o tę technikę, ale pani odpowiedziała: "Do tego jeszcze nie doszłam", a ja pomyślałem, że temat techniki i naszego życia widać wcale nie musi być taki interesujący.

Nad tym miałem się zastanawiać, ale zadzwonił telefon, a w nim usłyszałem głos znajomego informatyka/elektronika praktyka, który mnie czasami zadręcza pytaniami typu: "Jak sądzisz, czy standard - tu wymienia jakiś standard i firmę - będzie..." i na swoje nieszczęście telefonuje zawsze o najmniej odpowiednich porach, nie mówiąc już o problemach, z którymi telefonuje. W każdym razie jest człowiekiem, na którego życie technika ma zasadniczo za duży wpływ (może dlatego jest kawalerem). Tym razem zaskoczył mnie jednak, bo problem, z którym zatelefonował, zainteresował mnie. Jakże bowiem mógł nie zainteresować mnie problem piractwa. Ostatnio zmuszony do zainteresowania się problemem piractwa został nawet nasz wicepremier, którego naciskają amerykańskie koncerny, tracące na piractwie dużo pieniędzy, skoro samego wicepremiera problemem potrafiły zainteresować. Mój związek z piractwem jest taki, że nie kupiłem nic pirackiego i przyznaję, że powodem głównym tego, iż nie kupuję pirackich produktów, nie jest to, że zostały one ukradzione, ale głównym powodem tego jest ich gorsza jakość (co nie znaczy, że gdyby kradzione było równie dobre, to bym kupował). Dodać muszę też w tym miejscu, że to nie tylko my, Polacy, okradamy amerykańskie koncerny, ponieważ z tego, co wiem, to w Ameryce też kradną i to wcale nie mniej niż u nas. Dlatego należy zaznaczyć w tym miejscu, że walka z piractwem nie toczy się tylko w Polsce, a w wielu, wielu innych cywilizowanych krajach. Wygląda zresztą na to, że toczyć będzie się jeszcze długo, chyba...

Znajomy opowiedział mi to, czego się dowiedział i choć wygląda to trochę jak z bajki (w bajkach nie obowiązują prawa fizyki i prawo), ja też to opowiem. Daleko za oceanem, w Kanadzie, pewien naukowiec, zresztą polskiego pochodzenia, opatentował rozwiązanie polegające na tym, że na każdej płycie znajduje się wirus (według słów znajomego rezyduje wirus). Wirus ten rezyduje sobie na płycie nikomu krzywdy nie czyniąc, mówiąc ludzkim językiem wirus śpi. Wirusa budzi złe postępowanie człowieka, polegające na wykonaniu kopii jednej, drugiej, trzeciej... Wyrwany ze snu wirus na pirackiej kopii nie to, że nie umożliwia słuchania np. muzyki, wywołując gwizdanie na najnowszej płycie Madonny. To byłoby tak zwane nic w porównaniu z tym, co obudzony wirus ma robić. Wirus ma - po pierwsze - zniszczyć odtwarzacz, następnie ma się przedostać siecią energetyczną do lodówki i ją unieczynnić, nie ominie pralki, telewizora, słowem zniszczyć ma wirus wszystko, co ma w domu związek z prądem, nie pomijając wyłączenia światła. Gdy znajomy opowiadał mi o tym nowym patencie, od razu z przerażeniem pomyślałem sobie o tonącej w ciemnościach Warszawie... Jak w bajce... Jednak pewne jest, że wpływ techniki na nasze życie będzie coraz ciekawszy.


TOP 200