Wakacyjny tysiąc wspomnień

Najgorzej to wypaść z rytmu. Pisze człowiek co tydzień felieton, a tu nagle - przerwa i wakacje. A potem przychodzi moment powrotu do rytmicznego pisania i okazuje się to być tzw. sporym wyzwaniem, jakby wyrazili się ci, którzy wysokie szkoły kończyli już za nowego reżimu.

Na dodatek nie sprawił się prof. Kołodko, bo nie wydał nowej książki i odebrał mi tym samym temat na felieton bałwochwalczy, i pozbawił czytelników kilku felietonów pochodnych.

Ale - nie z takimi sprawami dawaliśmy sobie radę i nawet bagaż tematów nigdy nie poruszonych nam nie straszny. Bo jest z tymi tematami jak z brytyjskim gabinetem cieni, gdzie każdy minister urzędujący ma swój cień, takiego niby-ministra w opozycji. No i takich tematów-cieni z minionego roku jest tyle niemal, co felietonów napisanych. I nic już teraz po tych cieniach, bo sprawy stały się nieaktualne, albo w ogóle odeszły w niebyt.

Co zaskakuje podczas tegorocznych wakacjach, w środkach przekazu nie zauważyłem jakoś tradycyjnych letnich tematów, typu "krokodyl w Wiśle". Wszyscy zdają się wypatrywać, niczym pierwszej gwiazdy w Wieczór Wigilijny, jakichś oznak początku końca kryzysu, chociaż nie brak i takich którzy uparcie powtarzają, że nie dojrzeli jakoś dotąd samego początku.

Było za to bez liku spraw, z których każda z powodzeniem starczyłaby na oddzielny felieton. Ot, chociażby, jak irlandzka historia o dwóch zaginionych (i szczęśliwie odnalezionych) psach. Dotąd nie byłem zwolennikiem tego, co nasi urzędnicy nazywają "czipowaniem psów", bo kojarzy mi się to z wstępem do - mówiąc nieco z czeska - "czipowania obywatelstwa", czyli społeczeństwa. Trzeba było jednak zobaczyć, na pierwszej stronie irlandzkiej gazety, wniebowziętą twarz 5-cio latka, lizaną z miłością naraz przez dwa jego psy, odnalezione i zwrócone właścicielom właśnie dzięki wszczepionym układom RFID.

Sąsiadów Czechów przywołuję tu nie bez kozery, bo akurat w połowie lipca ogłosili, że podpisali porozumienie z księstwem Lichtenstein, otwierające drogę do wznowienia z nim stosunków dyplomatycznych. Stosunki te zostały zerwane po II Wojnie, kiedy to Czesi wraz z terenami poniemieckimi, które znalazły się w ich granicach, upaństwowili terytoria, do których pretensje zgłaszał Lichtenstein, powołując się na zaszłości z XIII wieku. Sporne tereny mają powierzchnię dziesięć razy większą od Lichtensteinu. Szczegółów nie podano, ale zdaje się dogadali to tak, że nie mamy co liczyć na granicę z Lichtensteinem.

Były też te krótkie wakacje czasem odejść, zbyt wielu odejść - Jackson, Kołakowski, Zapasiewicz, to pierwsze nazwiska, które przychodzą na myśl. No i - najbardziej przejmujące i bolesne - odejście bliskiego kolegi z pracy, człowieka, którego - co aż nieprawdopodobne w dzisiejszej dużej korporacji - naprawdę wszyscy lubili i który w każdym wymiarze ciągle dużo więcej miał przed sobą, niż już przeżył...

Tytułowe "wspomnienia" zaś, to wcale nie coś co można wspominać, tylko kolejny językowy neologizm, który próbuje sobie torować u nas drogę: tysiąc wspomnień w tym kontekście oznacza, że dana strona internetowa została tysiąc razy zacytowana (wspomniana) na innych takich stronach.

A zdecydowanie więcej niż tysiąc takich wspomnień miała w te wakacje księgarnia internetowa Amazon, która najpierw sprzedała licznym klientom książkę w wersji elektronicznej, do czytania na urządzeniu Kindle, też rozprowadzanym przez tę księgarnię, a następnie zdalnie i bez wiedzy nabywców wykasowała im te książki z tych urządzeń (zwracając jednak pieniądze), bo powstały jakieś wątpliwości co do praw autorskich. A clou tej sprawy w tym, że poszło o książkę Orwella "Rok 1984".