Uczył Marcin...

No właśnie, kogo uczył i czy nauczył przysłowiowy Marcin? Wnioskując z korespondencji, jaką otrzymuję od Czytelników (przypominam, mój adres [email protected]), pewnie uczył obsługi komputerów. Raczej bez skutków.

No właśnie, kogo uczył i czy nauczył przysłowiowy Marcin? Wnioskując z korespondencji, jaką otrzymuję od Czytelników (przypominam, mój adres [email protected]), pewnie uczył obsługi komputerów. Raczej bez skutków.

Muszę się publicznie przyznać, że jedynymi lekcjami komputerologii stosowanej, jakie otrzymałem w życiu, był wykład programowania z ćwiczeniami na studiach. Bardzo nieskuteczny, bo robili go fachowcy, którym nie w głowie był problem skoków bezwarunkowych. Potem studiowałem już samodzielnie - na szczęście, w PRL książki tłumaczone z języków obcych były bardzo tanie i łatwo dostępne, więc skompletowałem całkiem ładną biblioteczkę.

Natomiast jako uczący ponosiłem same klęski. Dość wcześnie zrozumiałem, że być nauczycielem to powołanie, a nie zawód. I że posiadana wiedza wcale nie gwarantuje sukcesów, bo trzeba ją jeszcze umieć przekazać. Przestałem więc uczyć i myślę, że potencjalni uczniowie tylko na tym zyskali.

Tymczasem rynek szkoleń komputerowych w Polsce kwitnie. Jak grzyby po deszczu powstają szkoły, instytuty, uniwersytety i akademie komputerowe. Ministerstwo Edukacji Narodowej niby coś tam robi, wydając zezwolenia poprzez kuratoria, ale tak naprawdę pierwsza lepsza osoba z ulicy może założyć instytucję komputerowo-edukacyjną i dostać stempelek od urzędasa, który prawdopodobnie nie ma żadnego pojęcia, co to jest komputer. Można, oczywiście, powiedzieć, że rynek sam się ureguluje. Tyle tylko, że cenę tej regulacji płacą klienci.

Jeden z nich (nomen omen o imieniu Marcin) opisał mi, jako to chciał podszkolić się w DTP. Już na początku okazało się, że są dwa rodzaje kursów wstępnych: zerowy i podstawowy. W praktyce okazało się, że szacowna uczelnia komputerowa głównie interesuje się kasą, która musi być wpłacona przed kursem, ale nie podlega zwrotowi w przypadku rezygnacji z części kursu. Nim jednak do niej doszło, Czytelnik przekonał się osobiście, że reklama w tej branży nic nie znaczy. A raczej, że można reklamować wszystko, bo kto to sprawdzi.

Nauczyciele komputerowi powinni znać język angielski, gdyż wiele programów specjalistycznych nie jest i pewnie nigdy nie będzie zlokalizowanych ze względu na znikomość rynku. Powinni także znać programy o których mówią. Wydawałoby się, że jest to oczywiste, ale jak się okazało w praktyce, szkolenie polegało na odczytywaniu z kartki listy poleceń/menu kilku programów. Wyższy poziom edukacji oznaczał tylko "przerabianie" bardziej skomplikowanych programów.

Samo zapoznawanie się z programami na komputerze też odbywało się w sposób dość specyficzny. Przed przystąpieniem do lekcji trzeba było odłączyć komputery od sieci, bo prawdopodobnie firma nie posiadała odpowiedniej liczby kopii programu. Takie rozwiązanie podsunęło życie: skoro w większości firm w dalszym ciągu stosuje się sporo kradzionego oprogramowania, no to niech się kursanty uczą, jak to robić. Przynajmniej będą przygotowani do polskich realiów.

Zniechęcony Czytelnik po kilku miesiącach proszenia i grożenia dostał zwrot kasy, ale po potrąceniu opłaty manipulacyjnej. Teraz wreszcie wie, że zamiast uczyć manipulowano nim. Za zwrócone pieniądze kupił sobie kilka podręczników i studiuje w domu. Jak sam twierdzi, z dużo lepszym skutkiem. Czyżby hasło: "Pójdź dziecię, ja cię uczyć każę" powinno brzmieć "Siądź dziecię przed komputerem i ucz się samo"?


TOP 200