Uczmy się

Udałem się na kurs specjalistyczny w celu rekonwalescencji zmurszałych szarych komórek. Proces odwapniania przeszedł dosyć pomyślnie, aczkolwiek był to dopiero etap wstępny.

Udałem się na kurs specjalistyczny w celu rekonwalescencji zmurszałych szarych komórek. Proces odwapniania przeszedł dosyć pomyślnie, aczkolwiek był to dopiero etap wstępny.

Podobno czeka mnie jeszcze kilka takich kurso-terapii, aby efekt był jednoznacznie pewny. Udział w szkoleniach organizowanych przez certyfikowane ośrodki ma wiele zalet. Przede wszystkim pozyskuje się wiedzę, a jeśli już jakąś się posiada, można ją usystematyzować. Poza tym przebywa się poza miejscem pracy, co już z definicji ma pozytywny wydźwięk. Poznaje się przy okazji nowych ludzi i wymienia doświadczenia, co pozwala często stwierdzić, że informatyk może być osamotniony ze swymi problemami w macierzystym zakładzie pracy, za to problemy te są wspólne dla szerokiej rzeszy tychże wyalienowanych i rozproszonych po firmach i zakładzikach.

Nie będę w tym miejscu prowadził wykładu z administrowania bazami danych, czego akurat kurs dotyczył, natomiast przytoczę kilka zasłyszanych u źródła sytuacji o wydźwięku anegdotycznym. W pewnej firmie użytkowano SQL-ową bazę danych. Jak wszystkie współczesne systemy zarządzania bazami, tak i ten pozwalał na prowadzenie różnorodnej polityki bezpieczeństwa danych, w tym oczywiście archiwizacji. Administratorzy przykładnie wykonywali kopie danych, aż - co prędzej czy później się zdarza - serwer odmówił posłuszeństwa. Jak zwykle w takich sytuacjach, najpierw "stawia" się serwer, następnie sięga po archiwalia. Zawezwany na miejsce "wypadku" niezależny specjalista od tychże baz miał za zadanie doprowadzić do uzyskania stanu integralności systemu. Wybór w kopiach archiwacyjnych był dosyć bogaty. Cóż z tego, skoro wszystkie one były robione metodą różnicową (differential back-up), natomiast brakowało pierwotnej pełnej kopii, co jak wiadomo tym z Państwa, którzy w tematyce nieco "siedzą", jest mniej więcej warte tyle co nic. Inaczej rzecz ujmując, same kopie różnicowe można porównać do funkcjonującego od lat abstrakcyjnego powiedzenia: "czym się różni wróbelek? - tym, że ma jedną nóżkę bardziej".

W innej z kolei firmie admi-nistrator miał sporo nieprzyjemności z tego powodu, że na jednym z serwerów wydziałowych "posypał" się system i nie było żadnej kopii archiwalnej. Oczywiście zgadzam się w pełni z tym, że archiwum powinno być i prawdopodobnie administrator zadbałby o to, gdyby w ogóle ktoś go powiadomił, że gdzieś w firmie pojawił się nowy serwer. Prawdopodobnie - zdaniem niektórych - informatyk powinien wiedzieć wszystko na zasadzie cudownego objawienia.

A propos "stawiania" i "kładzenia" serwerów. Radzę uważać na stosowanie slangu informatycznego wobec osób do tego nieprzyzwyczajonych lub tylko przyuczonych do procedur zamykania i uruchamiania systemu, zwłaszcza jeżeli dyspozycje te wydajemy telefonicznie, bo może się okazać, że zostaną one potraktowane dosłownie, a położenie maszyny na boku wcale nie poprawia jej funkcjonowania.