Tydzień muzyki

Podczas Wielkiego Tygodnia, już i tak mało oglądany, telewizor idzie zupełnie w odstawkę, bo przez cały rok stacje radiowe nie nadają tyle dobrej muzyki, głównie kantatowo-oratoryjnej, co przez te kilka zaledwie dni.

Słuchanie trzeba więc dobrze zaplanować, by nie przeoczyć jakiejś szczególnej okazji, w czym wielce pomocne są strony internetowe poszczególnych stacji.

Co jednak zrobić, gdy równie dobry repertuar biegnie jednocześnie z radia satelitarnego i cyfrowej stacji naziemnej, jak czeska D-Dur, którą, szczęśliwie, mam w zasięgu cyfrowego odbioru (właśnie dają 41. Symfonię Mozarta w wykonaniu Concertgebouw, a po niej będzie Niemieckie Requiem Brahmsa z Berlińską Filharmonią pod Claudio Abado). Większość stacji naziemnych nadaje również w Internecie (czeskie - centralne i lokalne - wszystkie!), więc słucham z satelity i nagrywam w tym samym czasie naziemną albo z Internetu, do słuchania na zaś.

I będę tak robić, dopóki jakieś producenckie lobby nie przeforsuje obowiązkowego układu uniemożliwiającego nagrywanie, na wzór interfejsu HDMI, czy niemądrego pomysłu z podziałem świata na strefy odtwarzania płyt DVD, w sam raz pasującego do gloryfikowanej przez te same koła idei globalizacji.

A skoro o nagraniach mowa, to przypomina się sprawa porządkowania posiadanych nagrań przy pomocy komputera, o czym kiedyś tu pisałem w związku z tzw. czarnymi płytami. Wyszło wtedy na iTunes, które są dobre jako repozytorium nagrań i maszynka do konwersji formatów, ale dość jednak słabe jako baza informacji o zgromadzonych nagraniach. Np. dane nagranie może mieć w bazie tylko jednego wykonawcę - nie można zapisać oddzielnie nazwiska solisty i dyrygenta orkiestry (samej orkiestry też nie).

Przenoszenie nagrań z czarnych płyt okazało się też kłopotliwe technicznie - każde nagranie trzeba starannie sprawdzić metodą odsłuchu, a po kilku nagraniach nie jest już przecież najlepiej z koncentracją uwagi.

Przekonali się też o tym szwajcarscy specjaliści z Politechniki we Fryburgu, którzy podjęli się zadania przeniesienia starych "czarnych" płyt na wersję cyfrową. Prace nad tym, inspirowane i kierowane przez prof. Ottara Johnsena, trwają tam już od dawna. Obróbce poddaje się nawet bardzo zniszczone płyty. Ich zapis jest rejestrowany najpierw optycznie - obraz rowka płyty jest fotografowany z bardzo wysoką rozdzielczością, przy oświetleniu (laser) tak silnym, że trzeba uważać, by nie nadtopić tworzywa starych płyt. Potem do roboty biorą się ludzie i komputery, i bywa, że obróbka 1000 zdjęć, zawierających 10 sekund nagrania trwa nawet kilka godzin. Czyści się przy okazji wszelkie szumy, a w tym również... wibracje wprowadzone do nagrania w trakcie jego powstawania, przez mechanizm obracający płytę-matkę. Całe urządzenie ma docelowo trafić na służbę do jednego ze szwajcarskich archiwów.

To z czym jedni eksperymentują, inni już zrobili i sprzedają. Otóż, amerykańska firma ELT oferuje urządzenie o nazwie Laser Turntable, czyli gramofon laserowy. W przeciwieństwie do Szwajcarów niczego tu nie fotografują, twierdzą za to, że odtwarzają nagranie bez trzasków starej płyty, bo laser "czyta" ściankę rowka tuż przy jej powierzchni. A tam rowek ponoć jest nietknięty, gdyż geometria gramofonowej igły powoduje, że dotyka ona ścian rowka głębiej i tam czyni ewentualne spustoszenie.

Jest jeden problem - to całkiem ładnie i nowocześnie wyglądające urządzenie, radzące sobie z wszelkimi wielkościami i szybkościami płyt - kosztuje 14 tys. dolarów, a za połowę tej kwoty można je wypożyczyć na 10 dni prób.

I dopiero potem sprawa robi się naprawdę poważna, bo i tak nie ma czasu, by tej, odłożonej na zaś muzyki, kiedyś posłuchać.