To cóż, że ze Szkocji

W poprzednim felietonie wspomniałem o niezwykle udanym syntezatorze mowy autorstwa gdyńskiej firmy IVO Software. Można powiedzieć, że dziękujemy za już i prosimy o jeszcze. Liczę na to, że kiedyś w przyszłości pojawią się automaty tłumaczące żywą mowę z jednego języka na inny. Jakaż byłaby to ulga dla przedstawicieli krajów członkowskich UE podczas międzynarodowych obrad.

W poprzednim felietonie wspomniałem o niezwykle udanym syntezatorze mowy autorstwa gdyńskiej firmy IVO Software. Można powiedzieć, że dziękujemy za już i prosimy o jeszcze. Liczę na to, że kiedyś w przyszłości pojawią się automaty tłumaczące żywą mowę z jednego języka na inny. Jakaż byłaby to ulga dla przedstawicieli krajów członkowskich UE podczas międzynarodowych obrad.

W okresie wakacyjnym zostałem poproszony o pomoc w rezerwacji miejsc powrotnych na autobus. Na tę okazję przybrałem rolę ogniwa pośredniego, czyli elementu ludzkiego w architekturze zorientowanej na usługi. A konkretnie sprawa miała się następująco; dwoje młodych ludzi wyjechało do Szkocji na dłuższe wakacje. Ponieważ podróż wypadła im dosyć niespodziewanie, stąd przelot tanimi liniami nie wchodził w grę ze względu na brak wolnych miejsc. Konkurencję w tej dyscyplinie wygrał transport autobusowy oferowany przez renomowaną firmę Orbis Transport. Nosząc się z zamiarem powrotu w bliżej nieokreślonym terminie, nabywamy bilet dwustronny w tzw. opcji open, gdzie data powrotu nie jest sprecyzowana. Będąc już za granicą datowanie powrotu można przeprowadzić osobiście w jednym z tamtejszych biur, co kosztuje 10 funtów, lub też za pomocą SMS-a za symboliczną złotówkę. Szkopuł w tym, że datowanie za pomocą komórki można wykonać góra dwa razy, co oznacza, że przysługuje tylko jedna korekta terminu w razie takiej konieczności. No i pech chciał, że jedna z tych osób zdołała zarezerwować miejsce na dany dzień, a dla drugiej już nie starczyło. No i powstał problem typowy dla wyczerpujących się zasobów: jak utrafić w datę, aby były co najmniej dwa miejsca wolne.

W tym właśnie momencie zostałem włączony do sprawy, która była o tyle pilna, że we wzmożonym okresie powrotów z końcem września większość kursów jest z dużym wyprzedzeniem w pełni obłożona. Ogólnodostępny system internetowy przewoźnika nie oferuje niestety informacji o liczbie wolnych miejsc. W celu zasięgnięcia języka zadzwoniłem do warszawskiej centrali. Pechowo było to 15 sierpnia, więc do dyspozycji klientów pozostawała tylko automatyczna sekretarka. Chciał nie chciał, musiałem więc zadzwonić do pośrednika w Glasgow, aby jego pociągnąć za język. Tam na szczęście pracowali. Za to z językiem było nietęgo. W pierwszej chwili miałem wrażenie, że rozmawiam z jakimś Szwedem. Mój angielski był zrozumiały dla tamtej strony, jednak bez łatwej wzajemności. Okazuje się, że angielski - szkocki to jednak trochę coś innego niż tradycyjny angielski. Miałem problem ze zrozumieniem nawet liczb i dat. Po iluś tam "repeat please" wydobyłem wreszcie niezbędne informacje o wolnych miejscach. Dobrze, że nie mówiono do mnie po gaelicku (oryg. Ga`idhlig), który to jest językiem ojczystym Szkotów i z angielskim nie ma kompletnie nic wspólnego.

Rezerwacja przez SMS w końcu się powiodła, a zwrotne potwierdzenia transakcji, wysyłane przez system komputerowy tą samą drogą, miały być jedynym dowodem w sprawie. Moje obawy o udokumentowanie rezerwacji w razie zgubienia telefonu okazały się płonne. Przewoźnik w chwili odjazdu miał już sporządzone imienne listy pasażerów. A więc działa to nieźle, chociaż - nie powiem - klientom przydałaby się pełniejsza informacja online.

Jak z tego widać, nowoczesna technika wspomaga, ale jeszcze ciągle jest zbyt mało elastyczna i urozmaicona, wymagając interwencji - jak zwykle niezawodnego w trudnych sytuacjach - czynnika ludzkiego. Prawda jest taka, że im bardziej dojrzały jest system informatyczny, tym mniej zdarzeń okazuje się nietypowymi, nie obciążając klientów dodatkowymi zadaniami.