Tako rzecze Tom...

Jeżeli na kończącej się w późne piątkowe popołudnie konferencji obecne jest ponad trzy czwarte z blisko setki uczestników, bez wątpienia świadczy to o jej wyjątkowości. A tak właśnie było na niedawnej warszawskiej konferencji poświęconej zarządzaniu kontraktami informatycznymi, która miała wyjątkowo wyrównany, wysoki poziom.

Jeżeli na kończącej się w późne piątkowe popołudnie konferencji obecne jest ponad trzy czwarte z blisko setki uczestników, bez wątpienia świadczy to o jej wyjątkowości. A tak właśnie było na niedawnej warszawskiej konferencji poświęconej zarządzaniu kontraktami informatycznymi, która miała wyjątkowo wyrównany, wysoki poziom.

Temat kontraktów w oczywisty sposób rozciągnął się na projekty informatyczne, w których samo podpisanie kontraktu jest tylko jednym z wielu zdarzeń. W wystąpieniach zarówno teoretycy, jak i praktycy byli zgodni co do opłakanych na ogół skutków takich kontraktów, których zawarcie dopiero wyznacza początek projektu. Z cytowanych przykładów wynikało, że praktyki takie, podobnie jak rozpoczynanie projektu od zakupu sprzętu komputerowego, bynajmniej nie należą do przeszłości i nadal zdarzają się nawet w bardzo dużych przedsięwzięciach.

Cytowano też nowe przykłady potwierdzające starą tezę o projektach informatycznych, z których większość nie kończy się na czas (o ile w ogóle!) lub kilkakrotnie przekracza budżet, by w końcu dostarczyć tylko połowę planowanej funkcjonalności.

Tak się złożyło, że pośród lektury, pospiesznie i przypadkowo zabranej w drogę na tę konferencję, znalazłem pierwszą część niedawnego wywiadu z Tomem DeMarco: postacią tak znaną i cenioną, że przypominanie o tym ociera się o granice banału.

Tom pracuje obecnie głównie w Europie, gdzie doradza przede wszystkim w sprawach... sądowych. Tak - sądowych. Jego zdaniem projekty i kontrakty informatyczne na tym kontynencie tak często kończą się w sądach, że dziedzinę tę można określić jako najszybciej rosnący segment przemysłu informatycznego! Spory prawne pochłaniają tu 10-15% budżetów informatycznych, co niełatwo dostrzec, gdyż wydatki takie na ogół są finansowane z innych źródeł.

Przyczyn tego stanu, według Toma DeMarco, jest kilka.

Firmy informatyczne, a w szczególności integratorzy, świadomie, by uzyskać zlecenia, składają nierealne obietnice i deklarują terminy, których nie można dotrzymać. Firmy te z desperacją wchodzą w obszary, w których nie mają żadnego doświadczenia. Sprzedawcy przychodzą, podpisują byle jakie kontrakty, kasują prowizję i znikają. Strony zostają potem z efektem tych działań i - nie wkładając większego wysiłku w próbę rozwiązania powstałego w ten sposób konfliktu - idą wprost do sądu.

Dalej - co znów nawiązuje do tematyki wspomnianej konferencji - zamiast negocjacji umów, po których obie strony są zadowolone, coraz częściej dochodzi w ich trakcie do prób wzajemnego niszczenia się, co dla słabszej ze stron musi zakończyć się fatalnie. Zwycięzca nie ustanie, lecz by dopełnić aktu niszczenia przeciwnika, w którymś momencie sięgnie nawet po oręż prawny. To, że przy okazji projekt będący przedmiotem sporu opóźni się lub w ogóle nie zostanie zrealizowany, przestaje jakoś w takim przypadku mieć znaczenie...

Do innych tez wywiadu z Tomem warto będzie jeszcze wrócić przy innej okazji. Na razie pozostaje zastanawiać się czy któryś z dużych kontraktów informatycznych trafi kiedyś do sądu w Polsce? Jednak, proszę państwa, sądy i bez tego mają u nas mnóstwo zajęć. Proszę się nie pchać...


TOP 200