Tak mało, że aż dużo

Niedolą autorów oprogramowania jest to, że odpowiadając za jakość produktu, ponoszą konsekwencje swojej twórczości, a więc są indagowani przez użytkowników w sprawach jego funkcjonalności

Niedolą autorów oprogramowania jest to, że odpowiadając za jakość produktu, ponoszą konsekwencje swojej twórczości, a więc są indagowani przez użytkowników w sprawach jego funkcjonalności.

Dotyczy to oczywiście oprogramowania używanego, gdyż jak wiadomo powszechnie, tylko takie może budzić jakiekolwiek zastrzeżenia, w przeciwieństwie do oprogramowania nie używanego, zawsze sprawującego się jak najlepiej. Niemniej uwagi użytkowników nie dotyczą tylko sfery jakości, ale także wszelkich pochodnych tematów wynikających z zastosowania konkretnego produktu.

Stworzyłem kiedyś oprogramowanie dla dziekanatu wyższej uczelni, które po wielu modyfikacjach stosowane jest po dziś dzień i pomimo osiągnięcia względnie wysokiego poziomu niezawodności i funkcjonalności, ciągle zdarzają się niespodzianki, zaskakujące użytkowników, chociaż w żaden sposób incydentów tych nie można zaliczyć do klasy problemów informatycznych. Jedną z funkcji realizowanych przez mój produkt jest przeprowadzanie rankingu średnich ocen studentów, co pozwala władzom uczelni wysnuć z tego stosowne wnioski. Oprócz czysto poglądowego aspektu zagadnienia, rankingi te są niezbędne z komercyjnego punktu widzenia, albowiem od klasyfikacji studenta zależy, czy dostanie on stypendium, czy też nie. Na przykład banki, aby udzielić preferencyjnego kredytu studenckiego, życzą sobie zaświadczenia z uczelni, iż student znajduje się w grupie 5% najlepszych absolwentów w danym roku. No i tu zaczyna się może nie koszmar, a koszmarek.

Pewnego dnia pojawił się u mnie z wydrukowanym rankingiem, na którym widniało 13 nazwisk studentów, pracownik dziekanatu, prosząc o wytłumaczenie, dlaczego osoba o najwyższej średniej na tej liście nie mieści się w 5% tej populacji, lecz otwiera stawkę, mając od razu pozycję bliską 8%. Zobrazowałem mu zagadnienie na osi liczbowej, gdzie czarno na białym było widać, iż spośród tak małej grupy nie ma prawa znaleźć się nikt w zakresie 5%, chyba że będzie to 0,65 studenta. Prawdopodobnie zrozumiał istotę sprawy, jednak zastanawiał się, jak informację tę przekaże konkretnemu absolwentowi, roszczącemu sobie prawo do dzierżenia palmy pierwszeństwa w tym zestawieniu. Idąc dalej w rozważaniach, aby wyniki nieco "polepszyć", zaczęliśmy zastanawiać się, jakie będą objawy, gdy do rankingu nie weźmiemy wyłącznie absolwentów jakiegoś mało uczęszczanego egzotycznego kierunku, ale całą populację danego roku, czyli ok. 2000 osób. Cóż i w tym przypadku odpowiednio wysokiej notacji nie da się zagwarantować, a to już z całkiem innego, niematematycznego powodu, ale z zasady konkurencji, gdzie liczba lepszych absolwentów spycha osobnika ku dołom listy.

Z historii owej wynika morał taki, że niezbyt przemyślane przepisy, a może celowo tak skonstruowane potrafią skutecznie zablokować ich wykonalność. Operowanie na wartościach procentowych wobec niepodzielności naturalnych daje inne nieco efekty niż matematyczne ewolucje na ciągłym obszarze liczb rzeczywistych. Człowieka nie można "porcjować", przyznając połowie jego osoby coś, z czego druga połowa nie mogłaby czerpać. Tak też mógłbym bez szkody dla siebie ogłosić, że każdemu współmałżonkowi, lokującemu się w 5% najwyższych osób w danym małżeństwie, funduję wczasy na Karaibach. Bierzcie i radujcie się!


TOP 200