Szczęśliwego wolnego czasu. Felieton Michała Bonarowskiego

Pamiętam ten moment, gdy Intel prezentował procesor Centrino, pierwsze rozwiązanie z wbudowanym modułem łączności bezprzewodowej WiFi. Był początek lat dwutysięcznych, wierzyliśmy w cudowną moc sprawczą technologii, która odmieni świat, kryzys 2008 r. jeszcze nawet nie migotał na horyzoncie. W londyńskim stylowym lochu aktor stylizowany na rzeźnika (a może na kata) symbolicznie odciął kabel sieciowy komputera, a on dalej działał w sieci! Zachwytom nie było końca. Bo przecież teraz będzie można z podłączonym laptopem chodzić wszędzie, gdzie sięga bezprzewodowa sieć: do kawiarni, do parku, do autobusu.

A po co tam chodzić z podłączonym laptopem? A po to, żeby pracować. Bo przecież zawsze jest coś do nadrobienia, dokończenia, poprawienia. I w ten sposób sfera pracy i czasu wolnego od pracy coraz mocniej zaczęły się przenikać. Ta pułapka działa: zamiast po skończeniu pracy wyłączyć komputer, wyjść z biura i po prostu żyć swoim życiem, ulegamy pokusie pracy w czasie teoretycznie wolnym. Ze szkodą dla własnej psychiki, bo pozbawiamy się odpoczynku, nie resetujemy umysłu. No ale przecież targety są święte, a kej-pi-a-je wyznaczają sens życia, prawda?

Ta pułapka powoduje, że pracujemy więcej, a odpoczywamy mniej. A stąd już prosta droga do wypalenia zawodowego, które kilka miesięcy temu WHO wpisało na listę schorzeń jako „syndrom zawodowy” („occupational syndrome”). Nie jest to więc jeszcze „prawdziwa” choroba, jak mogliśmy przeczytać w entuzjastycznych artykułach w polskich mediach, ale poważny stan, którym powinien zająć się lekarz lub terapeuta.

Zobacz również:

Walkę z wypaleniem zawodowym podjęli już w 2017 r. Francuzi. W średnich i dużych firmach zakazano pracodawcom komunikować się z pracownikami poza godzinami pracy. Dotyczy to e-maili i telefonów. Czyli mogę jako pracownik odłączyć się od Matriksa i nikt – przynajmniej teoretycznie – nie powinien mieć do mnie o to pretensji. Inny przykład higieny płynie z USA. W serwisie LinkedIn wprowadzono całkowitą, trwającą tydzień przerwę od pracy, i to dwa razy w roku. Po prostu przez ten czas nie toczą się żadne projekty, poza absolutnie niezbędnym utrzymaniem systemu.

Tymczasem w Chinach znany przedsiębiorca Jack Ma, twórca Alibaby, idzie jeszcze dalej. Uważa, że za 10–20 lat czas pracy skróci się do ok. 12 godz. w tygodniu. Według Ma wystarczyć mają 3 dni po 4 godziny, bo przez resztę czasu pracować będą maszyny sterowane przez sztuczną inteligencję. Według Ma taki skrócony tydzień pracy ma wprowadzić rząd, co akurat w Chinach zapewne nie jest niczym dziwnym. I zapewne wprowadziłby to skutecznie.

Co będziemy robić poza pracą? „Zajmować się sobą”. Może swoim rozwojem duchowym, a może hobby. Ogólnie ta sfera nie jest jeszcze powszechnie dopracowana, bo perspektywa nicnierobienia jest dla ludzkości na tyle nowa, że ledwie obejmowalna umysłem. Złośliwi przypomnieli Jackowi Ma, że jeszcze kilka miesięcy temu mówił, iż system pracy po 12 godz. dziennie przez 6 dni w tygodniu to dobra rzecz. „Zdolność do pracy 996 (od 9 do 9 przez 6 dni w tygodniu) jest olbrzymim błogosławieństwem” – napisał na swoim profilu w sieci. To był jego głos w chińskiej debacie dotyczącej równowagi pomiędzy życiem zawodowym a prywatnym. Toczy się ona szczególnie w sektorze IT. Powstają nawet oddolne grupy postulujące odejście od przeładowania pracą, narażającego pracowników na problemy zdrowotne i wypalenie zawodowe. W Chinach obowiązuje obecnie 40-godzinny (tak tak!) tydzień pracy.

Zanim skrytykujemy Jacka Ma za niekonsekwencję, warto doczytać, że 966 to symbol nie tyle wyzysku czy zatracenia w pracy, ale filozofia, bliska zresztą start-upom technologicznym. Jack Ma pyta: jeżeli nie pracujesz dużo – nawet ponad miarę – kiedy jesteś młody, to kiedy będziesz pracować? Kiedy będziesz stary? Ciężka praca może prowadzić do sukcesu, ale brak ciężkiej pracy już raczej nie. Wtóruje mu Elon Musk, inny znany przedsiębiorca, mówiąc: „nikt nie zmienił świata, pracując po 40 godz. tygodniowo”.

Założę się jednak, że większość przyklaśnie Jackowi Ma sprzed kilku tygodni, a nie sprzed kilku miesięcy.

A więc co zrobicie z takim bogactwem wolnego czasu? Pielęgnacja ogrodów? Pisanie powieści? Dbanie o rodzinę? Filozofia? Sport? Majsterkowanie? Podróże? Nie sposób wymyślić i wymienić wszystkie te przyjemności, którym oddamy się z entuzjazmem, kiedy maszyny odwalą za nas ciężką pracę. Jest tylko jeden szkopuł: nikt nie gwarantuje, że będziemy mieć tyle pieniędzy, żeby tym wszystkim pasjom się oddać. Nie wiem jak Państwo, a ja się biorę do roboty. Na to leniuchowanie trzeba przecież zarobić.


TOP 200