Szczęście, tanio...

Napisała pewna pani w pewnej gazecie, jak łatwo odróżnić osoby szczęśliwe od mniej szczęśliwej reszty. Patrzy się po prostu na buty - gdy są na nich białe ślady po soli, znaczy tkwią w nich nogi nieszczęśnika, czyli kogoś, kto nie ma samochodu.

Moja kanciasta osobowość, jak zwykle, nie mieści się w żadnej z tych dwóch kategorii. Bo niby obywam się bez rzeczonego pojazdu, ale śladów soli na butach też nie znajduję. A dotkliwość braku pojazdu rekompensuje mi świadomość, że mamy akurat erę samochodów, których przody przypominają rozdziawioną gębę kogoś mało rozgarniętego. A poza tym, to w ogóle już nie wiadomo, czy samochód to jeszcze samochód, bo więcej w nim komputerów, niż kół i tłoków razem wziętych.

Kręcimy kierownicą, ale kołami porusza za nas hydraulika albo elektryka. Cisnąc na hamulec dajemy tylko sygnał do działania mechanizmom wykonawczym, a wciskając pedał gazu...

No i właśnie o tenże pedał gazu poszło: że miało być jak w samolotach (fly by wire), czyli ciśnij tylko na pedał, a komputery już będą wiedziały, co dalej zrobić. A te zaczęły podobno się narowić i działać po swojemu, doprowadzając, nie raz i nie dwa, do sytuacji niemiłych, a nawet - tragicznych.

Podobnie zresztą było kiedyś z Airbusami, które miały serię katastrof przy podchodzeniu do lądowania, przyczynę czego próbowano przypisać komputerom, które nie chciały ponoć oddać pilotowi kontroli nad samolotem. Mamy jednak i przypadek odwrotny. W związku z rozpoczętym właśnie w Paryżu procesem o katastrofę Concorda, pewien brytyjski ekspert twierdzi, że pęknięcie zbiornika paliwa nr 5, czego skutkiem był tragiczny w skutkach pożar, nastąpiło w wyniku rozerwania owego zbiornika spowodowanego rezonansem zawartego w nim paliwa. Przyczyną zaś tego było uderzenie (przy szybkości ok. 200 km/godz.) w zbiornik kawałków opony samolotu, uszkodzonej przez żelastwo leżące na pasie. Świadczyć o tym ma samo pęknięcie odnalezionego we wraku zbiornika, które - według tego eksperta - ma kierunek na zewnątrz. A nie byłoby tego rezonansu, gdyby załoga nie zignorowała ostrzeżenia komputera, i świadomie pozwoliła na zatankowanie feralnego zbiornika do pełna, zamiast - jak chciał komputer - tylko w 70%.

Wracając do nieszczęsnych pedałów gazu, nie sposób nie zauważyć z jaką lubością o perypetiach Toyoty piszą niektóre amerykańskie gazety, a to w formie reportażu z punktu serwisowego, a to wzywając posiadaczy samochodów tej marki do ich odstawienia do czasu naprawy.

Nie sposób nie kojarzyć tego z nagonkami prasy brytyjskiej z lat 70., wyolbrzymiającej do monstrualnych rozmiarów jakieś drobne usterki Skód, Moskwiczy i naszych Fiatów 125p, które to samochody były wówczas najtańsze na ich rynku (a pośród nich samych - nasz był najdroższy). Wszystkie one razem i tak stanowiły tam margines sprzedaży, a Toyota to przecież nr. 1 na świecie.

Nie wdając się w dywagacje, czy to same pedały, czy dywaniki, czy komputery, mam dwa wyjaśnienia sprawy. Pierwsze, to opinia pewnego poznańskiego mechanika z lat 80, który, na oczach zdumionych widzów, naprawę jakiegoś Volkswagena rozpoczął od obcięcia prowadzących do jego gaźnika przewodów elektrycznych, wyjaśniając, że prąd i benzyna nigdy nie będą w zgodzie.

Druga - poważniejsza - Toyota do skali mitu doprowadziła sprawę jakości, z której słynie. Podobno każdy jej pracownik ma prawo zatrzymać taśmę produkcyjną, gdy zauważy jakieś tej jakości uchybienie. Ale każdemu też wbito tam do głowy przekonanie o nie mającej równych jakości Toyoty. W efekcie, pracownik taki prędzej popełniłby harakiri niż zatrzymał taśmę, obalając tym gestem najważniejszy i nie podlegający kwestionowaniu firmowy mit.