Świecidełka

Czas można z równym powodzeniem mierzyć zegarkiem tanim jak i drogim. Pomimo całego relatywizmu czasowego, wskazania powinny być identyczne, oczywiście za wyjątkiem, gdy mamy do czynienia z różnymi punktami odniesienia.

Według obserwacji Lokalnego Informatyka najlepszym dowodem na stosowanie innych miar czasu jest przykład jego Dyrekcji, która posługuje się zegarkami bardzo drogimi a jej czas biegnie zgoła inaczej, nie mówiąc już o tym, że jest dużo droższy niż marny czas Lokalnego mierzony lichym zegarkiem. Lokalny chętnie sprawdziłby jaki wpływ na upływ czasu ma cena zegarka, ale ponieważ nie dysponuje środkami na zakup eleganckich precjozów, doświadczenie musi odłożyć na bliżej nieokreśloną przyszłość.

Podobnie jest też z piórami wiecznymi. Dyrekcja posługuje się właśnie takimi cudeńkami o koszmarnej wręcz wartości, składając nimi drogocenne podpisy. Zdaniem Lokalnego nie znaczy to, że Dyrekcja pisze mądrzej z racji posiadania kosztownego sprzętu. Przechodząc zaś do kwestii komputerów, można zauważyć daleko idącą analogię: posiadając wypasiony zestaw wcale nie wnosi się lepszej wartości dodanej niż podczas pracy na gorszej jakości klekocie. Niemniej Dyrekcja woli zestawy wypasione, bo przecież nie wypada oglądać zdjęć i czytać poczty na byle czym. I tu należy tylko przytaknąć, że po prostu nie wypada, czemu skwapliwie przyklasną producenci i sprzedawcy sprzętu.

W związku z podjęciem przez firmę współpracy z zagranicą, Dyrekcja wyartykułowała zapotrzebowanie na program tłumaczący. Generalnie chodziło o to, aby faktury bądź treści umów przygotowane przez prawników były automatycznie konwertowane na język obcy i odwrotnie. O ile uzasadnienie zapotrzebowania na automaty nieznajomością języka biznesu było dosyć oczywiste, o tyle kwestia realizacji pozostawiała wiele do życzenia. Jak zwykle w takich przypadkach okoniem stanął Lokalny, wynajdując dziury w całym, rzucając kłody pod nogi i tym samym dołując Dyrekcję i jej świetlane pomysły. Jednym słowem, udowadniał, że lepiej dać sobie spokój z automatycznym tłumaczeniem tego rodzaju dokumentów i chyba lepiej byłoby w tym celu wystąpić o zakup komputerowych krasnali, bo te może by jakoś problem ogarnęły. Gdy Dyrekcja wyraziła zainteresowanie, Lokalny musiał sprawę odkręcać, tłumacząc, że to oczywisty żart był. Mimo wszystko jednak pomysł z krasnalami jakoś zakiełkował w zmutowanej formie i stanęło w końcu na tym, że kupi się do firmy takie krasnale jakby ogrodowe, które będą u wejścia do recepcji witać gości i to w różnych językach. Krasnale będą odpowiednio drogie i wypasione, aby podziw gości budziły. Niestety, nie będą wyposażone w możliwość prowadzenia konwersacji, która to niedogodność powinna zostać przyćmiona blaskiem ich urody. Delikatną sugestię Lokalnego, aby fizjonomię manekinów odwzorować na podobieństwo Dyrekcji zbyto milczeniem.

Jeśli nie można zabłysnąć merytorycznie, to pewna dawka blichtru zawsze jakoś przykryje lub chociaż złagodzi te niedomagania.


TOP 200