Socjalizm szerokopasmowy

W zakończonej niedawno kampanii samorządowej kilka miast zadeklarowało, że będzie oferować swoim mieszkańcom bezpłatny, bezprzewodowy dostęp do Internetu. Wcześniej infrastrukturę dostępową Wi-Fi zaczęły budować San Francisco oraz Amsterdam, zaś rada miasta Manchester ma zamiar podobną usługę dać swoim obywatelom od przyszłego roku.

W zakończonej niedawno kampanii samorządowej kilka miast zadeklarowało, że będzie oferować swoim mieszkańcom bezpłatny, bezprzewodowy dostęp do Internetu. Wcześniej infrastrukturę dostępową Wi-Fi zaczęły budować San Francisco oraz Amsterdam, zaś rada miasta Manchester ma zamiar podobną usługę dać swoim obywatelom od przyszłego roku.

Na pierwszy rzut oka pomysł wydaje się atrakcyjny: Internet dla każdego i to za darmo. Jednak chwila namysłu sprawia, że zaczynamy dostrzegać jego ciemne strony. Gdy pomyślę, jak dostęp Wi-Fi w miastach mógłby wyglądać w polskich realiach, to uczucie, jakiego doświadczam, mogę określić jako socjalistyczne déja vu.

A więc przede wszystkim objęcie miast darmowym dostępem Wi-Fi musiałoby oznaczać śmierć wielu lokalnych dostawców (ISP). Tymczasem to im - sieciom obejmującym osiedle, ulicę albo wręcz grupę przyjaciół - zawdzięczamy błyskawiczny wzrost liczby gospodarstw domowych ze stałym dostępem do Internetu. Niby na początku nikt by tego nie odczuł - po prostu ludzie dostawaliby za darmo to, za co wcześniej musieli płacić. Ale po pewnym czasie musiałaby nastąpić jedna z trzech rzeczy, którą co starsi Czytelnicy pamiętają z socjalizmu: "puste półki", reglamentacja albo lawinowy wzrost kosztów.

Moi znajomi mówią: nie ma takiej rury, której nie dałoby się zatkać. Ktokolwiek miał w tym momencie tzw. kosmate myśli, niechaj je porzuci: chodzi o to, że każde łącze, którego przepustowości się nie kontroluje, ulega po pewnym czasie całkowitemu wysyceniu. Jeśli miasto nie byłoby przygotowane na lawinowy wzrost kosztów utrzymania sieci (a dochodów gmin nie da się podwyższyć ot, tak), to w darmowych sieciach miejskich musiałaby nastąpić degradacja łączności ("puste półki"). No chyba że... problem rozwiązano by reglamentacją. Tak właśnie poradziło sobie miasto San Francisco, gdzie pasmo na pojedynczego użytkownika ograniczono do 256 kb/s. Dziś może to wystarcza wielu Polakom, ale osoby o większych potrzebach (w tym niżej podpisany) musiałyby i tak wykupić komercyjne łącze. Nie omieszkałbym zapytać przy tym lokalnych polityków, dlaczego muszę za Internet płacić dwa razy: pierwszy raz w podatkach za "darmowe" (ale bezużyteczne) miejskie Wi-Fi, drugi raz - za dostęp na zasadach komercyjnych. Dodam, że z powodu "wykoszenia" z rynku drobnych ISP byłbym skazany na droższy dostęp oferowany przez gigantów (TP S.A., Chello, itd.)

Efektem byłaby też monopolizacja rynku. Jakoś nie chce mi się wierzyć, że miejski monopolista miałby łagodniejsze serduszko dla swoich klientów niż inni monopoliści. Wiecznie zajęty helpdesk, niekompatybilność sprzętu i oprogramowania, reklamacje rozwiązywane na święty nigdy - tak wyglądałaby codzienność Wi-Fi w darmowej sieci miejskiej.

Wreszcie jakaś gazeta dokonałaby analizy ruchu i okazałoby się, że np. połowa bitów przelatujących w powietrzu za miejskie pieniądze to pornografia, pirackie pliki MP3 i DivX oraz spam. Już widzę te tytuły w prasie: Zamiast łatać dziury w drogach i budować przedszkola płacimy za gołe d... - grzmiałby jakiś lokalny "ekspresiak", przy akompaniamencie polityków wszelkiej maści. Nawiasem mówiąc, byłyby to argumenty słuszne. Wtedy cały interes zostałby sprzedany jakiemuś telekomowi, który - pozbawiony konkurencji lokalnych ISP - pokazałby nam, gdzie raki zimują.

Gdybym był więc mieszkańcem Manchesteru, starałbym się namówić rajców, by pozostawili pole lokalnym providerom, a miliony funtów przeznaczyli na rozbudowę infrastruktury backbone albo - jeszcze lepiej - na klub piłkarski. Może Tomasz Kuszczak częściej stawałby na bramce...


TOP 200