Skarbnica wiedzy

Lubię od czasu do czasu wzbogacić swą wiedzę zawodową. Ot tak, aby mieć o czym rozmawiać na imprezach urodzinowych u dziadka Józka albo wymieniać poglądy (na temat enkapsulacji protokołów nierutowalnych) z niektórymi profesorami, zajmującymi się informatyką ekonomiczną.

Lubię od czasu do czasu wzbogacić swą wiedzę zawodową. Ot tak, aby mieć o czym rozmawiać na imprezach urodzinowych u dziadka Józka albo wymieniać poglądy (na temat enkapsulacji protokołów nierutowalnych) z niektórymi profesorami, zajmującymi się informatyką ekonomiczną.

Oczywiście, żartuję w tym momencie, bo wiedzę zdobywam dla własnej próżności. Moim pracodawcom jest obojętne, jakie systemy i protokoły działają, byle działały. I słusznie. A książki fachowe kupuję wyłącznie po to, aby stały w moim gabinecie w przeszklonej szafie i wzbudzały podziw wśród zwykłych pracowników, a przede wszystkim wśród odwiedzających mnie czasami przełożonych.

Aby zdobyć pozycję literaturową, zamawiam tytuł, jeżeli wiem, że mogę uczynić to w ciemno. Od czasu do czasu muszę jednak sam rozejrzeć się na rynku księgarskim i pańskim okiem przejrzeć zawartość półek. Tak też pewnego dnia wybrałem się z prywatną sekretarką i księgową w jednej osobie do dużej księgarni samoobsługowej. Informacja dla zainteresowanych: jak zdobyć prywatną księgową? - Wystarczy się ożenić. Przeglądałem zawartość książek o traktujących, a żona notowała. Musieliśmy wyglądać jak urzędnicy z kontroli, bo zaraz przyskoczyła obsługa i z troską w głosie pytała, czy może w czymś pomóc. Zaczęła nawet wyrównywać książki na półkach. Przejrzawszy ileś pozycji dla orłów i nie tylko, stwierdziłem, że dostępna oferta księgarska niezbyt mi wystarcza. Zakres merytoryczny literatury znajdującej się w obiegu zazwyczaj dochodzi do miejsca, od którego dopiero chciałbym wystartować. Cóż, pozycje trudniejsze niezbyt dobrze sprzedawałyby się na powszechnym rynku.

Ponieważ jestem wybredny, narażam moich przełożonych na nie lada koszty związane z zakupem literatury wprost u źródeł, to znaczy u producenta oprogramowania. Tu chociaż drogo, to wiedza jest w miarę głęboka. Niemniej mój zarząd nie skąpi na te wydatki, za co mu chwała. Nie wnika, po co mi te czytadła i co dobrego dla firmy z tego wyniknie. Płacą za wszystko, co ich nienasycony wiedzą informatyk chce poczytać. I dobrze robi mój zarząd, bo inwestuje w człowieka. A sytuacje bywają różne i może im się ona nieraz z nawiązką zwrócić. Za to właśnie cenię moich przełożonych. (To pisałem ja - Piotr Kowalski. I wiem, że moi przełożeni nie czytują Computerworld, ale też wiem, iż wiele osób znających się z moim zarządem czytuje, jeśliby więc zechcieli wspomnieć moim pracodawcom, że dobrze o nich publicznie się wyrażam... Może jakaś premia by wpadła - trampki na lato potrzebuję zakupić!)


TOP 200