Serek gniazdka, czyli przeciąganie struny

Miałem niedawno sposobność rozmawiać z naukowcem uchodzącym za specjalistę ds. bezrobocia. Podzielił się ze mną kilkoma cennymi uwagami dotyczącymi jego zainteresowań zawodowych, jak również nie omieszkał wyrazić swego niepochlebnego zdania o związanej z tym tematem, a emitowanej przez telewizję dyskusji lokalnych polityków.

Miałem niedawno sposobność rozmawiać z naukowcem uchodzącym za specjalistę ds. bezrobocia. Podzielił się ze mną kilkoma cennymi uwagami dotyczącymi jego zainteresowań zawodowych, jak również nie omieszkał wyrazić swego niepochlebnego zdania o związanej z tym tematem, a emitowanej przez telewizję dyskusji lokalnych polityków.

Stwierdził jednoznacznie, że to kpiny i panowie od polityki uprawiają amatorszczyznę, dyskutując o sprawach, o których nie mają pojęcia.

Z tego względu, że na bezrobociu ani na jego zapobieganiu się nie znam, mogłem jedynie zgodzić się z - bądź co bądź - specjalistą. Osobiście twierdzę, że wielu ludzi feruje publicznie swoje poglądy dotyczące różnej materii, zupełnie bez pojęcia, o czym mówią. Niektórzy próbują nawet wdrożyć w życie swe pomysły i co gorsza mają na tyle mocy decyzyjnej, że mogą to czynić bezkarnie. Mam na myśli już tym razem nasze podwórko informatyczne, gdyż tu mogę, jako człowiek znający się na rzeczy, ocenić różne rozwiązania.

Przekleństwem małych firm jest to, że właściciele rządzą w nich niepodzielnie i decydują jak im wygodnie. Ich znajomość informatyki jest oględnie mówiąc żadna, a mimo to czują się już na tyle mocni, że zaczynają poczuwać się do roli ekspertów w dziedzinie przetwarzania danych. Nie wiem który raz z rzędu stwierdzam, że krecią robotę wykonały tu mikrokomputery, edytory tekstu, Internet i ogólnie środowisko graficzno-myszowate. Aż chce się nieraz zakrzyknąć: command line, wracaj!

Luki w wiedzy informatycznej niektórych naszych milusińskich wychodzą na światło dzienne tym szybciej, im szybciej przechodzi się do konkretów. Tak samo jak umiejętności nibyznawcy baz danych kończą się na frazie "select *", tak umiejętności wielu decydentów zakładowych nie sięgają nawet tego progu. Dla nich zwrot "select gwiazdka" ma ten sam bezsens co "serek gniazdka", aczkolwiek w tym przypadku pojedyncze słowa mogą przynajmniej być utożsamione z atrybutami materialnymi. Pomimo że nikt od właścicieli firm nie wymaga, aby znali się na informatyce, to wielu z nich ustanawia się w roli ekspertów w tej dziedzinie, prawdziwych fachowców usuwając w cień.

W ostatnim czasie spotkałem się z dwoma przypadkami rażącej ignorancji. Raz, gdy podpisano umowę na wytworzenie modułu oprogramowania, który miał się integrować z funkcjonującym systemem. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że oprogramowanie działające od dawna w firmie miało już zaimplementowane funkcje integrujące, a nie miało jedynie interfejsu internetowego, o który głównie menedżerom chodziło. Nic prostszego, tylko dorobić. Nowo zakontraktowane oprogramowanie interfejs co prawda miało, ale ani za grosz architektury sprzyjającej integracji. Ze słów decydenta wynikało, że nowy nabytek połączy się z dotychczasowym systemem, i będzie po krzyku. Sam ciekaw jestem jak. Na fakt, że te same informacje będą musiały z konieczności być prowadzone w dwóch odrębnych systemach, nikt nie raczył zwrócić uwagi. To się nazywa po prostu dezintegracja.

Innym razem z kolei menedżer wymyślił, że dane dotyczące odległego oddziału firmy będą dwukierunkowo transportowane na dyskietce. Nie byłoby w tym nic śmiesznego, gdyby chodziło o pliki tekstowe, a nie o kilkanaście tabel połączonych więzami integralności, pracujących w układzie centralnego serwera, do którego zresztą w oddziale nie było dostępu, nie wiem więc co i jak mogliby tam oglądać lub wprowadzać.

Gdyby ekspertom oddać do dyspozycji pole ich działalności, określając potrzeby, a nie wymyślając za nich sposób realizacji, działoby się dużo lepiej. Niestety, na razie - operując terminologią baz danych - jestem zmuszony stwierdzić, że za mało jest restrykcji w tych projekcjach.


TOP 200