Rzecz o dmuchaniu

Na wakacjach zakupiłem dmuchany materac do pływania. Na zdjęciu zdobiącym opakowanie atrakcyjna modelka w skąpym bikini uśmiechała się z materaca pływającego po wodzie ciągnącej się aż po horyzont.

Na wakacjach zakupiłem dmuchany materac do pływania. Na zdjęciu zdobiącym opakowanie atrakcyjna modelka w skąpym bikini uśmiechała się z materaca pływającego po wodzie ciągnącej się aż po horyzont.

Tymczasem po zerwaniu nieprzezroczystej folii okazało się, że powierzchnia materaca straszy mnie mnóstwem groźnych napisów. We wszystkich językach świata, znanych mi i nieznanych, producent pouczał mnie o licznych niebezpieczeństwach, które czyhają na mnie podczas używania materaca. Z całej instrukcji wynikało, że w zasadzie materaca najlepiej w ogólnie nie dmuchać, jeśli już się nadmucha, to nie używać, a jak już używać, to nie w wodzie, a już broń Boże głębszej niż po kolana.

Oczywiście producentowi nie chodzi bynajmniej o moje bezpieczeństwo, a o wyłączenie własnej odpowiedzialności, w razie gdybym z materaca spadł i się utopił. Zastrzeżenia mają zapewnić tylko jedno: abym w razie wypadku mógł mieć pretensje wyłącznie do siebie.

Ilekroć czytam umowy, których przedmiotem jest oprogramowanie, licencje albo wsparcie informatyczne, zawsze dopada mnie to samo wrażenie: główną troską dostawcy jest zdjęcie ze swojej głowy jakiejkolwiek, najmniejszej nawet odpowiedzialności. W efekcie dostawca dostarcza system lub usługę as is, bez żadnych gwarancji, a jedyny pewnik to terminy i kwoty płatności.

Brak odpowiedzialności za dostarczone systemy to nasilający się problem, a szerokie rozpowszechnienie zdalnych aktualizacji oprogramowania jeszcze pogłębia ten problem: nie warto oprogramowania solidnie konstruować i starannie testować, bo przecież w razie błędu zawsze będzie można szybko wypuścić nową wersję.

Dlaczego gwarancje oczywiste w przypadku dowolnego innego produktu nie są udzielane na produkty i usługi informatyczne? Mam na to pewną teorię i ciekaw jestem, czy podzielają ją Państwo. Otóż dawno temu pierwsze systemy były kupowane przede wszystkim od informatyków przez innych informatyków. Taki kupujący zasadniczo różnił się od tzw. normalnego klienta, który "płaci i wymaga", nie interesując się szczegółami technicznymi rozwiązania. Po pierwsze, informatyk solidaryzował się ze sprzedającym, uważał go za swojego partnera i doskonale zdawał sobie sprawę ze wszystkich trudności, które tamten napotkał przy wytworzeniu produktu. Po drugie, w razie potrzeby sam mógł naprawić to, co dostawca zepsuł albo o czym zapomniał.

I tak wytworzył się globalny standard nieodpowiedzialności, który przez lata utrwalił się na dobre i w tej chwili straszy z każdej umowy, niczym wielkie litery we wszystkich językach świata na materacu, który kupiłem na wakacjach.


TOP 200