Ryzykanci

Siedzimy sobie świątecznie, jak zwykle, gadamy o tym i o tamtym, i już wydawało mi się, że skutecznie wymanewrowałem się z oglądania popisów rodzimej telewizji, aż tu któryś z nas, gadających, ten który chwilowo dzierżył władzę (czyli miał w rękach pilot), poszukując kolejnego satelitarnego radia z muzyką, włączył na moment jakiś program informacyjny.

Siedzimy sobie świątecznie, jak zwykle, gadamy o tym i o tamtym, i już wydawało mi się, że skutecznie wymanewrowałem się z oglądania popisów rodzimej telewizji, aż tu któryś z nas, gadających, ten który chwilowo dzierżył władzę (czyli miał w rękach pilot), poszukując kolejnego satelitarnego radia z muzyką, włączył na moment jakiś program informacyjny.

Zanim wrócił do poprzedniego, co trochę trwało, bo telewizory mają dziś we wnętrzu jakieś tajemne komputery i nie zawsze ochoczo zmieniają kanały, na ekranie pokazano migawkę z kontroli drogowej i panią o czarnych włosach, która zapytana o powód pośpiechu (czytaj: jazdy z niedozwoloną prędkością) odpowiedziała, że muszą, ona i ktoś drugi, zdążyć przecież następnego dnia do pracy, gdzieś daleko w Niemczech.

Po chwili wróciło hiszpańskie Radio Classica, ale pamięć o tej pani pozostała i nawet zgodziliśmy się, że jak ktoś chce gdzieś dotrzeć na czas, to wyjeżdża odpowiednio wcześnie, gdyż w przeciwnym przypadku, im później wyjedzie, tym większą ma szansę, że tam dokąd chciał, nie dojedzie już nigdy, a w ostatnią swą podróż zabierze jeszcze kogoś przypadkowego. Kogoś, kto, jak to cynicznie mawiają Anglicy, znalazł się w złym miejscu o złym czasie.

W tym miejscu w naszej grupie, tym razem trzymającej władzę niejako zbiorowo, bo pilot leżał pośrodku, zarysowały się istotne różnice opinii.

No, bo ten z prawej, który w życiu nie prowadził samochodu ani czegoś podobnego, ale wie, jak to jest, bo pilnie obserwuje z tylnego siedzenia kierowców, wypalił, że najlepiej poczekać, aż ci wszyscy wariaci drogowi wytłuką się sami, to potem już będzie lepiej niż dobrze. Na to ten po lewej, że nowe kadry stale rosną, a czyni się przecież szamańskie zabiegi, aby rosły jeszcze liczniej i szybciej. Ten pośrodku z kolei zauważył sceptycznie, że zanim ci pierwsi wytłuką się sami, to samo zrobią ze sporą grupą tych, co prowadzą się, to znaczy - nie się, tylko prowadzą przyzwoicie.

W tym momencie ten z prawej, broniąc swego, zacytował - i to serio, bo poczucia humoru u niego za grosz - Franza Fischera, który zaraz po Pierwszej Wojnie ironizował, że aby w Polsce nastał Porządek i Spokój, trzeba powiesić iluś tam łajdaków. Na pytanie zaś - A co, gdy tylu się nie znajdzie?, niezmiennie odpowiadał: - To się dobierze spośród uczciwych...

Uznając, że sprawy idą w złą stronę, postanowiłem zmienić tor dyskusji i wygłosiłem przydługi wstęp o modnym obecnie zagadnieniu ryzyka, jego skali i miarach. Gdy już miałem nawiązać do tej pani o czarnych włosach, ten z lewej bąknął coś, zdaje się "kto nie ryzykuje, w Rawiczu nie siedzi", czyli z czasów, gdy Rawicz był odległym, ostatnim przed granicą miastem polskim. Zagłuszył go jednak ten w środku, z rezerwą i bardzo z kolei na temat odnosząc się do miar pewnych rodzajów ryzyka, które to miary są i tak po uważaniu, bo sprowadzają się do odpowiadania w skali od - do, na setne pytania jakiegoś mądrego programu komputerowego.

W tym momencie do głosu dorwał się znowu ten z prawej i rzekł, że też taki program widział i że brakuje w nim pytania o narodowość, bo w Europie im dalej na wschód, tym większa jest skłonność do ryzykowania życiem swoim i innych i do ryzyka w ogóle. Na to ten z lewej zaraz musiał dodać, że to skutek wiadomo przez kogo sączonego do umysłów od dziecka poczucia fatalizmu. Nie zdążył tym razem dodać, że trzeba z tym jak najszybciej skończyć, bo przebił go ostatecznie ten z prawej mówiąc z tryumfem w głosie, że na trzy Daimlery, które widział niedawno przed kasynem w Monte Carlo, aż dwa były na rosyjskiej rejestracji.

Nikt z nas jakoś nie śmiał go zapytać, co tam robił on sam.