Rok, czyli informatyki sposób na kryzys

Parodiował kiedyś jeden Poeta drugiego Poetę:

Parodiował kiedyś jeden Poeta drugiego Poetę:

O roku ów, kto ciebie widział w naszym mieście

Ten z ulgą dzisiaj wzdycha: skończył się nareszcie.

No i pasuje, po latach, jak rzadko kiedy. Pasuje do roku kryzysowych, rzeczywistych i urojonych wyrzeczeń. Pasuje do cynicznych posunięć, dla których kryzys był tylko doskonałym pretekstem. Pasuje do naszej kondycji w kraju, którego kryzys podobno nie tknął, co - zdaniem jednych - było wynikiem mądrej zapobiegliwości, a według innych, z którymi bardziej skłonny jestem się zgodzić, po prostu samo tak wyszło, na skutek radosnego samozadowoleniem i bezradnego zarazem zaniechania.

Na przykład - pod koniec roku jeszcze słyszeliśmy, że jest dobrze, jest lepiej, rośnie nam to i tamto (bezrobocie też!), więcej kupujemy przez Sieć, więc nie może być źle, i nie wie co mówi, kto mówi inaczej. A tuż przed Gwiazdką, w punktach odbioru największych serwisów książkowo-muzyczno-filmowych, gdzie rok wcześniej towar do odebrania zajmował nawet sporo podłogi, na półkach było więcej niż zwykle, ale dalece nie pełno. A czy ktoś kiedyś wcześniej słyszał tam o czymś tak szalonym, jak przedświąteczna wyprzedaż po niższych cenach?

Nikt nie policzy też, ile w skali kraju straciliśmy - pośrednio i bezpośrednio - w wyniku bezsensownych, małostkowych, pokazowych oszczędności i nagłych wydatków na łapu-capu z tego, co na koniec roku jednak zostało i co mogło przepaść wraz z planami na rok następny. Od zawsze co roku tak bywa, ale tym razem skala zaskoczyła nawet, skądinąd bardzo na to liczących, dostawców, którzy długo jeszcze będą wywiązywać się z przyjętych (i już zafakturowanych i opłaconych!) zobowiązań.

Miniony rok wsławił się też nabraniem tysięcy telewidzów, którzy serio potraktowali cyfrową inicjatywę satelitarną Telewizji Polskiej, którą bez dania racji nagle przerwano, udając, że był to tylko eksperyment. Dodajmy - kompromitujący eksperyment na żywym organizmie. Pod koniec tego roku rozpoczęły się też zakusy władzy, by - pod pozorem walki z hazardem - wprowadzić kuchennymi schodami cenzurę Internetu. W tym samym czasie - i jest to już moja mała prywata - wszedł w życie nowy rozkład jazdy PKP, który na mojej trasie Poznań Główny - Wrocław Mikołajów jest najgorszy w ciągu ostatnich 10 lat (najlepszy był ten poprzedni).

Koleją jednak przyjdzie się pewnie zająć w osobnym felietonie, nasza zaś branża też podobno doznała uszczerbku w minionym roku, co dość trudno zrozumieć, gdy uwierzyć, że kryzys nas podobno nie sięgnął.

Sięgnęła nas za to, przez nas samych pracowicie wywoływana, fala, bezprecedensowego w skali świata, skrajnie ortodoksyjnego, religijnego niemal podejścia do kwestii zysku z wszystkiego, co się da. Fetysz zysku opanował środki przekazu, Internetu nie wyłączając, dotarł do dopiero co wspomnianych kolei żelaznych i dobiera się do usług publicznych. Jeszcze trochę, a nie będzie i ławki w parku, jeżeli nie wykaże się ona obietnicą zyskowności.

Dobrym przykładem tego podejścia jest seria artykułów i wzmianek o zamiarach wprowadzenia w Polsce nowych, elektronicznych dowodów osobistych. Widziałem kilkanaście co najmniej artykułów na ten temat - w Internecie, dziennikach i tygodnikach. W każdym z nich wspominano głównie to, że krocie - w wymiarze europejskim - zarobią na tym firmy informatyczne i ich poddostawcy. Nie znalazłem jednak jakoś nigdzie nic - dosłownie: nic! - o tym, co i czy coś w ogóle będziemy z tego mieli my, obywatele.

I słusznie, bo po co marnować siły i środki na wypisywanie rzeczy tak oczywistych: pewne przecież jest jedno - my, obywatele, będziemy mieli udział w zrzutce na te krocie.