Rewolucja telefoniczna

Witając się z Państwem po wakacjach opowiem, jak to zwykle czynimy po urlopach, pewną swoją przygodę.

Witając się z Państwem po wakacjach opowiem, jak to zwykle czynimy po urlopach, pewną swoją przygodę.

Trudno przewidzieć skutki letnich upałów. Pani w sklepie rybnym zamiast makreli podaje łososia. Kioskarka myli "Wyborczą" z "Trybuną". Barman uprzejmie zapomina wydać reszty za drinka. Wszystko to jednak można przeżyć. Gorzej, jeśli upał zakłóca pracę urzędników. Przekonałem się o tym w gorący, lipcowy, niedzielny wieczór, podczas swej wakacyjnej wędrówki po Polsce.

Trafiłem do kameralnego miateczka Tuchola. Wiedząc, że położone jest ono w Borach Tucholskich, przewidywałem, iż skąd jak skąd, ale z "lasu" raczej trudno będzie telefonować. Nabyłem więc w jednym z nadmorskich kurortów zapas żetonów telefonicznych typu "C". Nawiasem mówiąc kurort ten przypominał na ulicach najazd szwedzki, a telefoniczne automaty w liczbie przypuszczam nie większej niż 5 oblegane były przez spragnionych kontaktu ze światem kuracjuszy od świtu do nocy. Ale wróćmy do spokojnej Tucholi.

Wjechałem do miasta wypatrując poczty, tam bowiem spodziewałem się znaleźć automat telefoniczny. I nie myliłem się. Na ścianach pocztowego budynku wisiały 3 automaty. Problem polegał na tym, że wszystkie były na karty telefoniczne. Udałem się na dworzec kolejowy. To samo, a pani w okienku kasowym o kartach telefonicznych nigdy nie słyszała. Zwiedziłem szpital, rynek, stację benzynową. Wszystkie te miejsca upiększone były nowymi automatami na karty. Pytałem przechodniów o ewentualną lokalizację automatu na żetony. Rozkładali ręce. Na pytanie czy przypadkiem nie mają karty, bądź nie wiedzą gdzie można ją kupić w niedzielny wieczór, wzruszali ramionami. Nie dawałem za wygraną. Policja! Tam na pewno wiedzą gdzie jest automat na żetony.

Dyżurny policjant na moje - wiadomo jakie pytanie - odpowiedział: "No właśnie, wymieniono wszystkie automaty, ale nikt nie pomyślał o dystrybucji kart". Zaproponował skorzystanie ze swego służbowego telefonu, ale odmówiłem, nie chcąc uszczuplać i tak ponoć skromnego budżetu Policji. Jedynym wyjściem było znalezienie jakiegoś hotelu i zatelefonowanie z recepcji. Tym sposobem znalazłem się za miastem, ponieważ hotel był zlokalizowany na tzw. osiedlu leśnym i nie mogłem go odnaleźć. Zatrzymałem się przy restauracji, aby zasięgnąć języka. Z parkingu dojrzałem automat telefoniczny, oczywiście na karty. Zbliżając się doń zauważyłem obok kartkę. "Karty do automatów telefonicznych do nabycia u nas w barze" - widniał napis. Barman na moje pytanie dlaczego właśnie tutaj można kupić kartę odpowiedział: "Tyle osób pytało się ostatnio o nie, że szefowa sprowadziła większą ilość i chociaż sprzedajemy je o 10 tys. drożej idą lepiej niż piwo". Byłem uratowany.

Wspominam tę historię aby ostrzec urzędników przed letnimi upałami. Okazuje się bowiem, że przez nie nasz rozwój jest szybszy niż byśmy chcieli. O ile pamiętam w bardziej rozwiniętych niż Polska krajach daje się ludziom szansę telefonowania z automatów na żetony. Tym razem proponuję więc spowolnienie reform.


TOP 200