Pytanie za miliony

Dręczy mnie ostatnio pewien koszmar. Siedzę sobie w domu, jem z rodziną obiad, a tu nagle dzwonek telefonu. Podnoszę słuchawkę i słyszę: Dzień dobry, mówi Hubert Urbański z ''Milionerów''. Jest ze mną Darek i gra o milion. Tak, tak, o milion złotych!

Dręczy mnie ostatnio pewien koszmar. Siedzę sobie w domu, jem z rodziną obiad, a tu nagle dzwonek telefonu. Podnoszę słuchawkę i słyszę: Dzień dobry, mówi Hubert Urbański z ''Milionerów''. Jest ze mną Darek i gra o milion. Tak, tak, o milion złotych!

Za chwilę zada ci pytanie i jeżeli pomożesz mu udzielić prawidłowej odpowiedzi, Darek wygra okrąglutki milion! Kęs mięsa staje mi w gardle i zaczynam się gorączkowo zastanawiać, co za Darek, do cholery, nie znam żadnego Darka (tak jakby miało to znaczenie). Po czym słyszę czyjś głos: Cześć, mówi Darek. Czytam twoje felietony w Computerworldzie i pomyślałem, że potrafisz mi pomóc. Uwaga, czytam pytanie. Na ile wyceniany jest majątek Billa Gatesa? Podaj najbliższą prawdzie kwotę: a) 40 mld USD, b) 50 mld USD c) 70 mld USD d) 100 mld USD. I wtedy budzę się zlany zimnym potem.

Pomimo że kwotę tę podawały wielokrotnie gazety, nie jest to pytanie proste. Odpowiedź na nie, w perspektywie, powiedzmy, dwóch miesięcy, jest niebanalna. W gruncie rzeczy jest ona warta znacznie więcej niż milion złotych, dużo, naprawdę dużo więcej. Majątek najbogatszego człowieka świata (mam nadzieję, że ta informacja jest nadal prawdziwa, gdy czytają Państwo ten felieton) to bowiem głównie akcje Microsoftu, a te ostatnio podlegały dużym wahaniom, a mogą podlegać jeszcze większym. Mówiąc wprost, akcje te mogą niedługo polecieć na łeb, na szyję, jeżeli sąd federalny wyda orzeczenie niekorzystne dla firmy z Redmond.

Zastanawia mnie, co to za różnica - mieć kilka czy kilkadziesiąt miliardów dolarów. Jeden człowiek nie może przez całe życie tyle zjeść, tyle jeździć, zakupić tyle towarów, żeby wydać choć ułamek tej kwoty. Myślę więc, że dla samego Billa Gatesa to w gruncie rzeczy obojętne, czy ma te kilka czy kilkanaście miliardów mniej czy więcej.

Nie jest to natomiast obojętne pracownikom firmy Microsoft. Firma ta płaci niskie pensje, ale za to co roku daje pracownikom opcje na akcje. Dzięki temu odsetek milionerów wśród pracowników jest tam wyższy niż w jakimkolwiek innym amerykańskim przedsiębiorstwie.

System ten funkcjonuje jak marzenie w sytuacji, kiedy kurs akcji rośnie - a tak było dotychczas. Gdy kurs akcji spada, pojawiają się problemy. Pracownicy Microsoftu, którzy od wielu lat ciułają akcje swojej firmy, mogą nagle stracić kawał tak zwanego dorobku życia. Im dłużej ktoś pracuje w Redmond, tym więcej ma akcji. Im więc ktoś bardziej doświadczony, tym więcej straci. Bardzo ciekawa sytuacja, prawda? Nie chciałbym się nigdy w takiej znaleźć.

Wyobraźmy sobie następujący scenariusz. W maju sąd wyznacza Microsoftowi karę, którą inwestorzy uznają za dotkliwą. Wskutek tego spada kurs akcji firmy, a pracownicy solidnie dostają po kieszeni. Dochodzą więc do wniosku, że trzeba sprzedać swoje akcje, żeby nie stracić jeszcze więcej. Na rynku pojawia się spory pakiet akcji pracowniczych, ponadto na giełdzie idzie fama, że "chłopaki z Redmond sprzedają swoją firmę". Kurs akcji dołuje. Część pracowników - im bardziej doświadczonych, tym bardziej prawdopodobnie - stwierdza, że za takie pieniądze to oni mogą co najwyżej... wszyscy wiemy, co mogą informatycy, którym się marnie płaci. Odchodzi część kadry, a wraz z nią wiedza, której firma już nie ma - bo mają ją ludzie w głowach. Za trzy lata Microsoft jest nadal jedną spośród, powiedzmy, dziesięciu największych firm software'owych świata, ale dawną świetność ma już za sobą.

Podejrzewam, że opisane ryzyko jest doskonale znane kierownictwu Microsoftu. I dlatego właśnie tak panicznie boi się ono niekorzystnego wyroku.