Przepowiednia narożnika

Lądujemy w Limie, stolicy Peru. Schodki podjeżdżające do drzwi samolotu, zamiast nowoczesnych rękawów, od razu dają nam znać, że znowu trafiamy do strefy biedy. "Lato. Numero siete" - to pierwsze impresje taksówkarza i hotelarza, gdy mówimy im, że jesteśmy z Polski.

Lądujemy w Limie, stolicy Peru. Schodki podjeżdżające do drzwi samolotu, zamiast nowoczesnych rękawów, od razu dają nam znać, że znowu trafiamy do strefy biedy. "Lato. Numero siete" - to pierwsze impresje taksówkarza i hotelarza, gdy mówimy im, że jesteśmy z Polski.

Choć od mundialów w Argentynie i Hiszpanii minęło już trochę czasu, to polski piłkarz jest tu ciągle dobrze pamiętany. Jeszcze nieraz będziemy mieli okazję się o tym przekonać.

Opuszczamy Limę. Najpierw na południe wzdłuż wybrzeża. A potem w głąb lądu. Obszar między oceanem a Andami zajmuje pustynia. Szarobrązowe, bezkresne połacie piasku. Gdzieniegdzie równie szarobrązowe lepianki i kwadratowe domki. Prawie niczym nie odróżniają się od otaczających je piaskowych wzgórz. Im bliżej gór, tym bardziej urozmaicony koloryt krajobrazów. Bardziej oznacza trochę zgniłej zieleni i wyblakłej żółci. Czasami wyrazu dodaje biel ośnieżonych szczytów.

Docieramy do Cuzco po 36 godzinach jazdy, z czego większość przypada na wąskie, kręte, żwirowe, górskie drogi. Stąd już tylko krok do zanurzonej w zieleni "Świętej Doliny". Ruiny inkaskich miast Pisac, Ollantaytambo i Sacsayhuaman są już w promieniu paru godzin jazdy. Im bliżej legendarnego Machu Picchu, tym węższe i głębsze stają się kaniony, którymi przedziera się rzeka Urubamba. Zaczyna działać magia miejsca. Głęboko w dole kręta nitka rzeki. Nad nią warstwy kamiennych tarasów. Wyżej ruiny miasta. A nad nim czubek Huayna Picchu i w dali białe szczyty Andów.

Wśród ruin Machu Picchu znajdują się: świątynia słońca, ceremonialne łaźnie, więzienie, dom starszyzny i ołtarze symbolizujące inkaskie wierzenia. Pośrodku jednego z tarasów leży olbrzymi głaz. Wykuty i oszlifowany, tak by wskazywać kierunki świata. Ustawiony, tak by promienie słońca zrównując się z krawędziami głazu, wskazywały początek pór roku. Precyzja, która dodaje czaru i uroku temu zakątkowi.

Przy pierwszym rzucie oka magia kamienia absorbuje cały wzrok. Detale umykają uwadze. Po chwili dociera do człowieka, że jeden z narożników jest inny. Jakby odcięty, obłupany. Chwila konsternacji i zdziwienia ustępuje, gdy przewodnik wyjaśnia zagadkę narożnika.

Rok temu ruiny Machu Picchu wykorzystano jako scenerię do filmu reklamowego (piwa!?). Chciano pokazać urzekające otoczenie magicznego głazu. Zbudowano miniaturową wieżę z wysięgnikiem dla kamery, która płynnie okrążając kamień i trzymając go na pierwszym planie, ukazywała w tle niepowtarzalną rzeźbę okalającego terenu. Pech chciał, że wysięgnik obsunął się i runął na feralny narożnik.

Pazerność i drapieżność mediów w poszukiwaniu dobrego tematu i dobrego ujęcia nie jest niczym nowym. Mało kto pewnie przypuszczał, że świat mediów może dokonać takiego akurat zniszczenia. Patrząc na jeszcze ciągle jaskrawą biel obłupanego kamienia, zastanawiam się, ile jeszcze takich niemiłych niespodzianek czeka nas ze strony mediów. Media niszczące dziedzictwa kultury? Mało prawdopodobne, choć, jak widać, prawdziwe.

Peru, Machu Picchu, 28 września 2001 r.

<hr>

[email protected]


TOP 200