Przepis na inżyniera

Ludzi z dyplomami magistra jest teraz tylu, że człowiek ma wrażenie, jakby żył w jednej globalnej aptece. Na szczęście, nie każdy magister to farmaceuta.

Trudno zrozumieć, jak się to dzieje, że można nie rozumieć matematyki. Przecież wszystko jest opisane i udowodnione, więc wystarczy usiąść, przeczytać i przyswoić. Teraz nawet są tak dalece idące udogodnienia, że młodzież ma książki w kolorze, z atrakcyjną szatą graficzną. Prawdopodobnie jednak problem nie leży w samej umiejętności czytania czy oglądania obrazu, ale w czasie niezbędnym do przyswojenia tematu. Bo nauki ścisłe nie zawsze zgłębia się, tylko czytając, czasami trzeba się zastanowić, a nieraz nawet pogłówkować odrobinę.

Niestety, przez przyjęte tempo życia młodzież nie preferuje takiego trybu postępowania. Jeżeli po pierwszym czytaniu zagadnienie nie jest zrozumiałe, to idzie w kąt. Zastanawiające w tym kontekście jest jednak to, jak dużo czasu traci się na analizy literackie. Nad tym, co poeta chciał powiedzieć ta sama młodzież potrafi ślęczeć godzinami i jakoś nie przejmuje się faktem, że nic z tego nie wiadomo i nic z tego nie wynika. Poeta był najczęściej na haju lub pod innym wpływem, i tak mu się plotło. Konsolidując zagadnienie, należy zauważyć, że zarówno tu, jak i w naukach ścisłych operujemy pewną symboliką, która jednak w tym drugim przypadku jest mniej rozlazła. Czy jest bardziej abstrakcyjna niż symbolika literacka? W sumie zależy to od tego, co zażywał literat.

W informatyce już tak lekko nie jest, bo nie wszystko bywa opisane. Lokalny Informatyk nieraz natrafiał na dokumentację (jeśli w ogóle istniała), gdzie prezentowano tylko strzępy wiedzy lub problem traktowano ledwie hasłowo. Reszta leży zawsze w gestii inżynierskiego podejścia do zagadnienia. O ile w matematyce wszystko jest dobrze zdefiniowane i zgodne od początku do końca, o tyle informatyka przypomina nieco mieszaninę matematycznej ścisłości z poetycką rozlazłością, przy czym twórcy części poetyckiej są często grupowo anonimowi, więc trudno powiedzieć, pod jakim wpływem tworzyli. No, ale po to Lokalny jest inżynierem, aby sobie poradził ze wszystkim.

Nie wiadomo, jak będzie z inżynierami przyszłości... Pewien znajomy Lokalnego dyplom inżyniera pozyskał niejako "by-passem", można powiedzieć. Zrobił to na pewnej prywatnej uczelni w naszym kraju, pracując za granicą. Przepis jest dosyć prosty: kupuje się pracę, wysyła kogoś znajomego będącego akurat w kraju do promotora, a ten wyznacza termin obrony, na której (niestety) trzeba pojawić się osobiście. Nie wiadomo, ile to wszystko kosztuje, ale powiedzmy sobie szczerze - pracując za granicą, możemy pozwolić sobie na takie zbytki.

A tyle złego się mówi, że młodzież prace dyplomowe robi, korzystając z mechanizmów "kopiuj, wklej". Jak widać, posądzenia te są mocno przesadzone.