Przeklnij (sobie)

Gdy zostałem uczniem pierwszej klasy, mieszkaliśmy w miasteczku, dokąd rodziców rzuciły tzw. wojenne losy. Dom nasz stał nieopodal dworca kolejowego, a o obu z nich można było powiedzieć, że to "ostatni dom w mieście", bo dalej były już tylko pola, łąki i las.

Gdy zostałem uczniem pierwszej klasy, mieszkaliśmy w miasteczku, dokąd rodziców rzuciły tzw. wojenne losy. Dom nasz stał nieopodal dworca kolejowego, a o obu z nich można było powiedzieć, że to "ostatni dom w mieście", bo dalej były już tylko pola, łąki i las.

Połowa dalekiej drogi do szkoły wiodła chodnikiem, ułożonym z charakterystycznych, kratkowanych płytek. Płytki skrajne były trójkątne i miały jeszcze, wzdłuż jednego z boków, wąskie paski, które leżąc jeden za drugim, wyznaczały krawędź chodnika. Może dlatego tak dobrze to pamiętam, bo na takim to właśnie pasku przeszedłem pierwszą lekcję nieznanego mi przedtem języka. A udzielił mi jej kolega z klasy i wspólnej drogi do szkoły, mieszkający przy stacji syn zawiadowcy.

Najpierw zapytał mnie, czy potrafię napisać, zawrotną, jak na pierwszą klasę, liczbę 101. Potrafiłem, a jakże, więc napisałem, kawałkiem kredy, na krawędzi chodnika. No to on każe mi postawić pionową kreskę po lewej stronie pierwszej jedynki, czyniąc z niej, nieco koślawe, "h". Dalej była kreska nad zerem i kropka nad jedynką po prawej. Potem miałem to przeczytać, co z pewnym wysiłkiem uczyniłem, biorąc jednak drugą jedynkę (tę z kropką) za "i", co, ku rozczarowaniu kolegi, dało bardzo mizerny efekt, bo to - dla mnie nowe - słowo, nijak z niczym mi się nie kojarzyło.

Zaczęło się za to po powrocie do domu, gdzie natychmiast podjąłem kroki w celu zlikwidowania tej luki w wiedzy, z czym trafiłem akurat na Babcię. Powtórzyłem cały eksperyment, a ona udała, że nie potrafi przeczytać, ale myślała, że ja dobrze wiem, tylko chcę ją w to wmanewrować brzydkim trikiem. W sumie i tak wszystko poszło na konto szkoły, która zamiast uczyć, demoralizuje dzieci, a ja nadal nie wiedziałem, co to, kończące się na "i", słowo znaczy.

Dziś wydaje się to więcej niż śmieszne, a nawet niewiarygodne, bo nawet z piaskownicy, którą mam za oknem, co i raz słyszę najpopularniejsze w polskim słowo, wymawiane z "l" jeszcze zamiast "r".

Tak się jakoś złożyło, że bez posiłkowania się takim słownictwem przeżyłem do dziś, w pracy i poza nią, może z wyjątkiem krótkotrwałego okresu policealnego, kiedy to zadziałał syndrom wyzwolenia. Robiłem to chyba jednak bez przekonania, bo efekt był mizerny, więc i szybko dałem sobie z tym spokój.

No i teraz dopiero dowiaduję się, że nie przeklinając czyniłem źle, bo w ten sposób tłumiłem emocje, kierując je do wewnątrz, a wynikłe z tego ciśnienie emocjonalne musiało szukać sobie innych, niekoniecznie korzystnych dla otoczenia i dla mnie, dróg rozładowania się.

A wszystko to za sprawą opublikowanych ostatniej jesieni wyników badań prof. Yehudy Barucha z Uniwersytetu Wschodniej Anglii. Badał on otóż codzienny język pracowników pewnej firmy i doszedł do zaskakującego wniosku, że przeklinanie w pracy więcej czyni dobrego, niż złego (o ile nie jest kierowane ad personam i nie odbywa się w obecności klientów). I to nie tylko dlatego, że stanowi swoisty wentyl bezpieczeństwa, rozładowujący złe emocje, ale z kilku co najmniej innych jeszcze względów.

Według Barucha przeklinanie w pracy pozytywnie wpływa na zespół pracowniczy, w którym ma miejsce, a gdy odbywa się ciągle, potrafi wzmacniać poczucie grupowej spójności i solidarności i buduje nawet społeczne związki. Tak więc to, co dotąd uchodziło za aspołeczne, okazuje się być pro-, a co było źle widziane, staje się wielce pożądane.

Z rzeczonego badania wynikło też, że szefowie klną mniej niż ich pracownicy, ale niech tam, pod warunkiem, że nie tylko nie będą im w tym przeszkadzać, ale - uwaga! - wręcz ich do tego zachęcać! W imię dobra firmy i jej interesów, oczywiście.


TOP 200