Przecieki

Mieliśmy kiedyś słynną listę, najpierw potajemnie wyniesioną, a potem z hukiem opublikowaną w Internecie. Ten niesławny przypadek daje nam chyba pierwsze miejsce na świecie w tej mało zaszczytnej konkurencji.

Mieliśmy kiedyś słynną listę, najpierw potajemnie wyniesioną, a potem z hukiem opublikowaną w Internecie. Ten niesławny przypadek daje nam chyba pierwsze miejsce na świecie w tej mało zaszczytnej konkurencji.

W ubiegłym roku podobny popis urządziły dwa polskie banki, publikując w Internecie pliki z danymi dłużników. Zaległości wielu z nich były kilku- czy kilkunastuzłotowe i wynikały zapewne z jakichś przeliczeń czy zaokrągleń. A opublikowane dane obejmowały nie tylko dokładne adresy, ale np. również wartość posiadanych nieruchomości, a w niektórych przypadkach - nawet ich zdjęcia.

Wywiad niemiecki zaś kupił niedawno od byłego pracownika banku wyciągi z bankowych baz danych z Lichtensteinu, z których ma wynikać, że niektórzy bogaci obywatele Niemiec, z szefem tamtejszej poczty na czele, unikali płacenia podatków lokując swe niemałe dochody w Lichtensteinie właśnie. Nie oni jedni zresztą, bo podobny przypadek był już kiedyś w Irlandii, gdzie dla szefów dużych, sztandarowych firm (coś jak odpowiedniki LOT-u czy PZU) założono specjalne fundusze inwestycyjne na jakichś egzotycznych wyspach, gdzie słowo "podatek" jest nieznane. Razem z nimi załapało się jeszcze kilkanaście osób z ich świty, a wszyscy oni sprytnie skorzystali później z ogłoszonej w Irlandii abolicji dla przestępstw podatkowych, przyznając się po latach do wszystkiego i likwidując rzeczone fundusze. Co zarobili jednak, to zarobili.

Teraz mamy przypadek serwisu internetowego WikiLeaks, który podejmuje ambitne i szlachetne zadanie publikowania dokumentów, mających świadczyć o nieetycznych posunięciach rządów i korporacji, w celu - jakżeby inaczej - przeciwdziałania korupcji i szerzenia demokracji. Realizacja szlachetnej tej idei budzi jednak wątpliwości. Po pierwsze - serwis zachęca do donosicielstwa, po drugie - niezbyt jasna jest metoda weryfikacji autentyczności tekstów-przecieków, których serwis posiada podobno już ponad milion. Bo - przykładowo - nadesłany tekst obciążający władze chińskie ma być weryfikowany przez "wszystkich chińskich dysydentów".

O tym mało dotąd znanym serwisie zrobiło się głośno, gdy niedawno pewien amerykański sędzia, uwzględniając skargę jakiegoś szwajcarskiego banku, nakazał zablokowanie nazwy domenowej tego serwisu, w przekonaniu swym uniemożliwiając tym samym doń dostęp (w rzeczywistości nadal dostępne były serwisy lustrzane i działał bezpośredni adres IP). Fakt ten wywołał wrzawę, co do legalności blokady całości serwisu, podczas gdy wspomniany bank kwestionował jeden tylko komunikat, mówiący o rachunku jakiegoś jego klienta. Nie obyło się nawet bez złośliwości politycznych, jako że rzeczony sędzia był mianowany przez obecnego prezydenta USA ("kto inny mógłby mianować taką ofiarę" i podobne).

Jeszcze większy hałas podniósł się, gdy po dwóch dniach sędzia ów cofnął swą decyzję. I wtedy pojawiły się też pytania, czy jakieś mechanizmy Wikileaks zabezpieczają przed oczernieniem osoby, państwa czy firmy pod pretekstem poszukiwania prawdy i sprawiedliwości. I tu na bardzo ważną sprawę zwrócił uwagę jeden z komentatorów: rzucenie na kogoś podejrzeń jest działaniem nieodwracalnym, bo nie cofnie się nieprawdy, która poszła w świat.

Wspomniany natomiast przypadek jest wyjątkowo smakowity z całkiem innego jeszcze względu: okazało się, że w sumie to amerykański sędzia nakazał zablokowanie nazwy domenowej serwisu zarejestrowanego w Szwecji, a zrobił to w wyniku skargi szwajcarskiego banku o nielegalne opublikowanie danych jego niemieckiego klienta, mającego rachunek w filii tego banku na Kajmanach, przy czym formalnym właścicielem owej nazwy jest mieszkający w Kenii obywatel Australii. Uffff!


TOP 200