Propagacja niewiedzy

Krok po kroku systemy komputerowe zaczynają być wyrocznią. Dla ludzi bezkrytycznie podchodzących do efektów zastosowań nowych technologii staje się prawdą to, co zobaczą na ekranie komputera, nieważne, czy ma to sens czy nie.

Często słyszy się, że ktoś dowiedziawszy się czegoś z internetu, od tego momentu powołuje się na tę nieautoryzowaną informację jak na najprawdziwszą prawdę. Na nic zda się uświadamianie, że w tym środowisku każdy może zamieścić informację. Bardzo często bez wyciągnięcia uśrednionej informacji z wielu źródeł możemy wpaść w pułapkę. Pół biedy, jeżeli sprawa dotyczy plotek z życia celebrytów, gorzej, gdy na pozyskanej w ten sposób wiedzy ma bazować istotne postępowanie. W zalewie informacji zdaje się wykształcać trend zbytniej ufności, co może stać się przyczyną poważnych problemów. Pomimo niekwestionowanych zalet technologii cyfrowego dostępu do treści, użytkownicy powinni podchodzić z większym krytycyzmem do serwowanych informacji.

Rozpatrując rolę technologii cyfrowych w propagowaniu wiedzy sprofilowanej, ze szczególnym uwzględnieniem wszelkich form e-learningu, trudno nie zauważyć ciążących tu ograniczeń, zwłaszcza na etapie zwrotnym stanowiącym sprawdzenie zdobytej wiedzy. Kontrolę można wykonać za pomocą testów, bo zadania wymagające samodzielnej inwencji – opracowania, wyprowadzanie dowodów i wszelka działalność podlegająca indywidualnemu tokowi myślowemu wymagająca często istotnego komentarza wymyka się z ram automatycznej kontroli.

Szybkość i zakres dostępu do informacji są obecnie niekwestionowane. Nie oznacza to, że wraz z nim rośnie wiedza. Skoro większość uczących się stosuje mechanizmy „kopiuj-wklej”, aby tylko rozliczyć swój kolejny etap w walce o dyplom, to należy stwierdzić, że wiedzę mają tylko autorzy pierwotnych treści. Nawiasem mówiąc, ich odnalezienie w łańcuszku powielania treści jest bardzo utrudnione. Inna sprawa, że komputer rozleniwia i niejako zwalnia z myślenia, zastępując człowieka w wielu sprawach. Chociażby przez kontrolę poprawności językowej, systemy podpowiedzi kontekstowej i innego rodzaju wspomagacze. Mimo wszystko jednak użytkownik musi ciągle jeszcze działać świadomie, bo żaden z tych inteligentnych systemów nie wyczuje kontekstu, w jakim się poruszamy, w związku z czym dla niego zawsze będzie poprawne „morze” i „może”. Automatyzm ma i chyba zawsze będzie miał w sobie ograniczenia, stawiające go na przegranej pozycji z ludzkim umysłem.

Pomimo całego tego rozwoju, posiadania różnego typu certyfikatów, uprawnień i całej masy dziwnych papierów coś tam oznajmiających o ukończonych kursach, spora część użytkowników ciągle hołduje paskudnej zasadzie wyrównywania spacjami tekstu w edytorach. I nie ma na to bata.


TOP 200