Promienie śmierci

Gdy przeczytałem niedawny felieton Jakuba Chabika1 na temat zagrożeń, które mogą nieść urządzenia emitujące promieniowanie elektromagnetyczne, to zacząłem się śmiać.

Gdy przeczytałem niedawny felieton Jakuba Chabika<sup>1</sup> na temat zagrożeń, które mogą nieść urządzenia emitujące promieniowanie elektromagnetyczne, to zacząłem się śmiać.

Otóż wartość informacyjna tekstu, w którym jedynymi liczbami są prędkości transmisji 6 stacji WiFi widzianych z mieszkania autora, jest zerowa. Powoływanie się na zalecenia Europejskiej Agencji Środowiska nt. norm jest najlepszym dowcipem. Gdzie bowiem podano choć jedną liczbę, dotyczącą dopuszczalnych natężeń pól EM wg norm? Gdzie liczby, wskazujące na ryzyko korzystania z telefonu komórkowego albo z sieci WiFi w stosunku do innych aspektów życia w XXI wieku? Nie ma.

Tak się składa, że dwadzieścia lat temu, niedługo po katastrofie w Czarnobylu, gdy histeria wokół promieniowania przewalała się przez media, napisałem z kolegą artykuł o dobrze już wtedy znanych oszacowaniach niebezpieczeństw związanych z życiem. Mało kto jednak przejął się tym tekstem, bo straszenie publiki jest zawsze łatwiejsze niż jej uspokajanie. Nie uciekniemy jednak przed faktem, że prawdopodobieństwo śmierci wynosi jeden. Z drugiej strony, w krajach cywilizowanych średnia życia cały czas wydłuża się. Na coś jednak musimy umrzeć. Skoro nie jest to już zwyczajne zapalenie płuc albo infekcja zęba, no to umieramy - np. na raka. Od czasu Hiroszimy rak kojarzy się nam z promieniowaniem. Tyle tylko, że straszyciele zapominają zwykle dodać tu słówko "jonizującym". Promieniowanie, emitowane przez telefony komórkowe oraz stacje WiFi, do takiego nie należy. Przyzwoite agencje rządowe, jak np. amerykańska FDA, mają dla przestraszonych obywateli strony informacyjne<sup>2</sup>, z których nawet laik dowiedzieć się może, co to jest SAR oraz jakie jego natężenie (1,6 W/kg) uważane jest za bezpieczne. "Guglowanie" słów "WiFi + radiation + power" pozwala znaleźć tysiące artykułów dyskutujących moce oraz widmo promieniowania, które otacza nas z każdej strony (typowa stacja emituje około 0,1 wata). Dla tych, którzy nie wierzą obrzydliwym Jankesom, WHO ma świetną stronę informacyjną<sup>3</sup> nt. promieniowania EM. Warto tam zajrzeć, by uspokoić skołatane nerwy, kolego Chabik.

Kiedy piszę ten tekst, właśnie trwa tzw. weekend zaduszkowy. Już zginęło 35 osób. W skali kraju co roku w wypadkach drogowych ginie prawie 6 tysięcy osób - to są liczby zatrważające i bardzo widoczne w polskiej statystyce śmierci. Tymczasem, dziś więcej Polaków używa telefonów komórkowych niż prowadzi samochody. Jakoś od dziesięciu lat nikt nie zauważył wzrostu śmiertelności z tego powodu. No tak, ale samochody najwyżej trują przyrodę, ale nie emitują promieniowania. Nie ma czym straszyć, ale każdy z Czytelników CW podlega większemu prawdopodobieństwu zginięcia w wypadku drogowym niż na skutek używania sieci bezprzewodowej. O dolegliwościach spowodowanych źle ustawionym krzesłem, monitorem albo niewłaściwą klawiaturą nie wspominam, bo te mają Państwo jak w banku. Papieros, którego właśnie zaczęliście palić, skróci Wasze życie średnio o 15 minut - takie napisy powinny być na paczce, a nie ogólniki o zabijaniu lub raku. Akurat, zresztą, palenie ma pewien sens - rak płuc jest najszybciej rozwijającym się: od wykrycia raka przeżywalność na poziomie 50% wynosi tylko pół roku. Jeśli chcemy łatwo umrzeć, no to palmy. Oby z daleka od stacji WiFi.

Przemysł straszenia ludzi nowoczesnymi technologiami został doprowadzony do perfekcji przez różne grupy nazywane "zielonymi". Szkoda, że felietonista tygodnika komputerowego włączył się w ten nurt.

<sup>1</sup>http://www.computerworld.pl/artykuly/artykul.asp?id=56333

<sup>2</sup>http://www.fda.gov/cellphones/qa.html

<sup>3</sup>http://www.who.int/peh-emf/en/