Prawo autora do utwora

Założeniem każdego chyba systemu podatkowego jest kilkakrotne opodatkowanie tych samych w istocie dochodów.

Założeniem każdego chyba systemu podatkowego jest kilkakrotne opodatkowanie tych samych w istocie dochodów.

Jest to celowe działanie, mające wycisnąć coś nawet z tych, którym od płacenia niektórych podatków udaje się uchylać. Jak uda się komuś zarobić coś z rączki do rączki, to i tak zapłaci podatek, jak za to, co w ten sposób zarobił, kupi coś w jakimś sklepie. Nie jest to zapewne najbardziej sprawiedliwe, ale dość skuteczne, a zresztą - kto by się przejmował takimi drobiazgami jak sprawiedliwość, gdy chodzi o żywe pieniądze.

Odmienne podejście próbuje się przyjmować w przypadku tzw. praw autorskich, gdzie, argumentując, że są już przecież odpowiednie możliwości techniczne, najchętniej obciążano by za każde skorzystanie z przedmiotu tych praw. Sprowadzając sprawę do absurdu - dzięki takim możliwościom autor książki mógłby każdemu czytelnikowi z osobna komunikatem SMS czy wiadomością poczty elektronicznej zezwalaćna jej czytanie. W prośbie jednak o taką łaskawą zgodę należałoby podać np. kod otrzymany przy zakupie od sprzedawcy, co uruchamiałobylawinę połączeń między systemami komputerowymi. Systemy te najpierw dochodziłyby starannie, czy żądanie w ogóle jest legalne, a następnie udzielałyby zgody, automatycznie dokonując transferów mikropłatności od tego, który książkę sprzedał, do hurtownika, który mu ją dostarczył, jej wydawcy, agenta autora i - w końcu - jego samego.

W ten sposób książka nie czytana nie przynosiłaby dochodu nikomu. Oczywiste jest, że książka taka byłaby "jednorazowego czytania", czyli musiałaby zachowywać się tak, jak to już przed wielu laty wymyślił pewien zawistnik, który twierdził, że współpasażerowie wyczytują mu w tramwaju przez ramię gazetę,za którą on przecież zapłacił. Według niego sposobem na to miało być znikanie druku zaraz po jego prze-czytaniu (nie wpadł jednak biedak na to, że ktoś mógł mu wyczytywać coś, czego on przeczytać jeszcze nie zdążył).

A co zrobić, wobec tego z takim, którynajpierw sam przeczytał (albo obejrzał), a potem opowiedział całość komuś innemu? A co z wierszem przepisanym do czyjegoś pamiętnika? ("Kto Tuwima wiersz przepisał, jako własny tobie wysłał..." - mam nadzieję, że niczyjego prawa tu nie naruszam, ale gdyby co - to cofam ten sęk. No nie - znowu cytat...). A co z piosenką śpiewaną ochrypłym sznaps-barytonem na przyjęciu u cioci? (dwa naruszenia praw autorskich naraz - melodia i słowa!). A co z kosem, którego nauczył ktoś gwizdać ulubioną melodię?

Mnożę te kolejne, absurdalne wydawałoby się wątpliwości, bo podobno parlament nasz ma zamiar pomajstrować przy prawie autorskim, co zdaje się nie być wolne od nacisków lobby filmowo-muzycznego, próbującego ratować co się da z malejących przychodów. W naszym wydaniu może to mieć skutki tak absurdalne, jak swego czasu pomysł z kodowaniem płyt DVD z filmami według stref świata (swoją drogą - piękny przykładpodejścia globalnego, przynajmniej do zysków, bo przecież nie do klienta, który winien siedzieć w domu, w strefie, która mu przypadła, a nie kupować w Tokio film, do oglądania w Nowym Jorku).

Już widzę, jak policja drogowa zatrzymuje samochód. Kierowca tłumaczy, że przecież wcale tak szybko nie jechał, a oni na to: - Szybkość zupełnie nas nie interesuje. Pan pozwoli płytę, której pan słucha. I te, leżące na siedzeniu obok też... Zatrzymujemy wszystko za pokwitowaniem,do kontroli przez ekspertów, czy jest to legalne. Kontrola, bez względu na wynik, oczywiście- na pański koszt...

Myślę sobie, że w sumie dobrze, że rozdałem kolekcjonerom te kilka książek wydanych swego czasu w naszym podziemiu i nie mam już ani jednej. Teraz to będzie ich zmartwienie...


TOP 200