Prawo Cagliostra

Podczas swojej kariery zawodowej miałem okazję kilkakrotnie przeprowadzać migrację danych. Zwykle chodziło o to, że mój klient kupował lepszy system, ale chciał przenieść do niego możliwie kompletne informacje ze starego.

Podczas swojej kariery zawodowej miałem okazję kilkakrotnie przeprowadzać migrację danych. Zwykle chodziło o to, że mój klient kupował lepszy system, ale chciał przenieść do niego możliwie kompletne informacje ze starego.

Różne zdarzało mi się w tym procesie przyjmować role - bywałem administratorem migrowanych danych, osobą odpowiedzialną za aplikację migrującą, a nawet prowadziłem weryfikację danych po migracji. Tym, co łączyło wszystkie migracje, był pewien stan psychiczny klienta, który domaga się szczegółowego opisu. Ale zanim to zrobię, dwa słowa o praktyce funkcjonowania informatyki w przedsiębiorstwie.

Dane zbierane na przestrzeni lat przez organizację mają różną jakość - raczej gorszą niż lepszą. Funkcjonalność narzędzia, zaawansowanie jego użytkowników, historia uaktualnień, możliwości bazy danych i systemu operacyjnego oraz wiele innych czynników pozostawiają trwały ślad w danych. Można by rzec, że jakość informacji przechowywanych w systemach informatycznych przedsiębiorstwa odzwierciedla całą jego historię, zarówno techniczną, jak i organizacyjną oraz personalną. Najgorsze, na co może się w takich danych natknąć informatyk, to milczące założenia - na przykład że numery klientów zaczynające się od ósemki to firmy zagraniczne albo dwie ostatnie cyfry numeru pracownika oznaczają rok jego urodzenia.

Otóż, praktycznie każdy klient żywił przekonanie, że w nowym systemie, po przeniesieniu danych, taka ukryta wiedza uzyska logiczną formę i strukturę. Innymi słowy, komputer sam się "domyśli", gdzie takie informacje być powinny, i umieści je we właściwych miejscach.

Pozostając przy naszym przykładzie, klient oczekuje, że w kolumnie zawierającej rok urodzenia pracownika znajdą się dwie ostatnie cyfry jego numeru (z wiodącymi cyframi wieku, rzecz jasna), a w grupie klientów zagranicznych - ci, których numer w starej bazie zaczynał się od ósemki. A przy okazji mądry komputer wygładzi wszystkie "nierówności" danych, np. wstawi brakujące kreski w NIP-ie (pani Ola wstawiała, a pani Basia nie), poprawi adresy (w bazie występują ulice "1-go maja", "1 V" oraz "Pierwszego Maja"), a na deser poprawi błędy interpunkcyjne w szablonach korespondencji.

Informatycy chętnie mówią: garbage in - garbage out. Jednak równie chętnie obiecują przedsiębiorstwom dokonywanie cudów z ich bazami. Potem spędzają długie noce, próbując zaprzeczyć II zasadzie termodynamiki, bo czymże innym są próby porządkowania chaosu. Angażują całą swoją biegłość w programowaniu i moc megaherców, jakby zapominając, że większość problemów z niespójnymi danymi nie da się rozwiązać w sposób algorytmiczny. Mają taką samą wiarę w potęgę komputera, jak ich klienci, tylko pokładają ją w narzędziach, a nie w gotowych rozwiązaniach.

Przeświadczenie wszystkich, że komputer dokona cudownego przeistoczenia danych, jest tym większe, im więcej zapłacono za migrację. Ta zależność jest tak powszechna i tak dobrze widoczna, że wręcz zasługuje na sformułowanie jako prawo naukowe. Patronem takiego twierdzenia mógłby być Alessandro Cagliostro, włoski alchemik, okultysta, a przede wszystkim hochsztapler. Informatyczne prawo Cagliostra brzmiałoby więc tak: Wiara, że przeniesienie danych poprawia ich jakość, jest wprost proporcjonalna do zainwestowanej w to sumy. Proszę rozejrzeć się wokół, a znajdą Państwo przykłady na potwierdzenie tej reguły.

Ani myślę porównywać informatyków do arystokraty-oszusta. Lecz wiara ich klientów to ten sam stan umysłu, który ponad 200 lat temu kazał ludziom wierzyć w przemianę ołowiu w złoto.

Proszę, bądźmy wobec nich uczciwi.


TOP 200