Polacy nie gęsi i swój standard mają!

Polska jest od dwóch tysiącleci krajem chrześcjańskim. Większość naszego społeczeństwa została wychowana po katolicku. Od pięciu lat mamy (gdyby ktoś nie zauważył) ustrój demokratyczny. Dlatego dla każdego jest oczywiste, że życie ludzkie jest dobrem najwyższym, które powinno być chronione i stawiane ponad wszystko. Ucieszyłem się więc niezwykle, gdy ostatnio przeczytałem w kilku największych dziennikach, że tak samo myślą przedstawiciele szacownej instytucji, która zajmuje się sprawami badań i certyfikacji różnych urządzeń powszechnego użytku. Pomyślałem sobie, że jednak w dobie zacierania się granic między dobrem a złem, panoszącego się relatywizmu moralnego istnieją jeszcze urzędy i ludzie za nimi stojący, którzy nie zawahają się strzec wartości nadrzędnych. Taką właśnie jest zdrowie i życie człowieka.

Polska jest od dwóch tysiącleci krajem chrześcjańskim. Większość naszego społeczeństwa została wychowana po katolicku. Od pięciu lat mamy (gdyby ktoś nie zauważył) ustrój demokratyczny. Dlatego dla każdego jest oczywiste, że życie ludzkie jest dobrem najwyższym, które powinno być chronione i stawiane ponad wszystko. Ucieszyłem się więc niezwykle, gdy ostatnio przeczytałem w kilku największych dziennikach, że tak samo myślą przedstawiciele szacownej instytucji, która zajmuje się sprawami badań i certyfikacji różnych urządzeń powszechnego użytku. Pomyślałem sobie, że jednak w dobie zacierania się granic między dobrem a złem, panoszącego się relatywizmu moralnego istnieją jeszcze urzędy i ludzie za nimi stojący, którzy nie zawahają się strzec wartości nadrzędnych. Taką właśnie jest zdrowie i życie człowieka.

Natychmiast przed oczami pojawiła mi się mrożąca krew w żyłach scena, której świadkiem byłem 30 lat temu odbywając praktykę w zakładach telewizyjnych w Gdańsku. Tam właśnie jeden z moich kolegów strojąc telewizor wygrzewany na stalowym regale dotknął śrubki, którą przymocowana była gałka potencjometru i natychmiast upadł na podłogę porażony prądem. Okazało się, że na tzw. masie telewizora było napięcie, a kolega drugą ręka dotknął regału. Myśl moja gorączkowo powędrowała w kierunku współczesnego komputera. Nikt nie może zaprzeczyć - to urządzenie elektryczne. Takich urządzeń działają u nas setki tysięcy. Wystarczy trafić na jedną fatalną masę i śrubkę, a nieszczęście gotowe. Odetchnąłem, że jednak ktoś nie śpi, aby wszyscy użytkownicy urządzeń komputerowych w Polsce mogli spać spokojnie.

Mój humor poprawiał się w miarę czytania dalszych doniesień prasowych. Nie dość, że życie ludzkie będzie nareszcie chronione, to jeszcze prawo będzie prawem. Inspektorzy, którzy trafią na komputery bez certyfikatów spiszą je, wycofają z eksploatacji oraz nałożą na dostawcę karę w wysokości 100% wartości towaru. Po przeczytaniu tych zasad odczułem pewien niedosyt. Chyba ustawodawcy zabrakło nieco wyobraźni. Przecież tu chodzi o wpływy do budżetu, a to sprawa poważna. Koszty testów i kary to wpływy zbyt małe. Proponuję więc konfiskatę. Tak już bywało, że przedmiot przestępstwa przepadał na rzecz skarbu państwa. Pozostaje sprawa nabywcy. Tutaj wszystko jest proste - komputer bez certyfikatu to tak jak paczka papierosów czy butelka wódki bez banderolki. Lewy zakup - prawdziwa grzywna.

Czytając dalej upewniłem się tylko, że Zachód nadal nie dojrzał do integracji z nami. "Kiedy jakość jest na sprawdzonym światowym poziomie, dalsza weryfikacja jest co najmniej zbędna". To stwierdzenie wyrwało się przedstawicielce firmy, której standardy obowiązują na świecie od lat. Poczułem satysfakcję, "Polacy nie gęsi i swój standard mają". Mój podziw wzrósł jeszcze bardziej, gdy któryś z anonimowych urzędników sformułował nowe zasady polityki i handlu zagranicznego. Według nich nie będziemy uzgadniać standardów i określać certyfikatów na poziomie kontaktów państwowych, ale wymuszać przyjmowanie naszych za pośrednictwem zachodnich producentów przedstawiając im wykaz towarów podlegających certyfikacji u nas. Myślę, że skromność tego, który sformułował nowe zasady jest fałszywa. Toż to przecież nowy Machiavelli.

Wreszcie końcowy dreszcz emocji przeżyłem czytając doniesienia "Gazety Wyborczej" z dnia 15 listopada,"Do badania trzeba dostarczyć np. dwa komputery (przyp. mój - dlaczego nie trzy?). Jeden z nich w trakcie badania jest niszczony i nie nadaje się już do sprzedania". Państwo już chyba zauważyli, że dopiero teraz przed ludźmi z wyobraźnią otwierają się niczym nieograniczone perspektywy tworzenia wielkich, spektakularnych widowisk. Możemy powrócić do formuły tak popularnego kiedyś festynu ludowego podczas, którego rzesze ludzi przeżywałyby nie tylko chwile godziwej rozrywki, ale również mogłyby obcować z informatyką wielkiego formatu. Proponuję więc akt niszczenia komputerów przenieść na forum publiczne. Wyobraźmy sobie uroczyste zniszczenie jakiegoś superkomputera CRAY lub Convex za kilka mln USD, a niechby nawet największych komputerów firm Digital, Hewlett-Packard oraz IBM w obecności 100 tys. widzów na Stadionie Dziesięciolecia. Ten ryk ludzkich gardeł, ta fascynacja jak podczas antycznych spektakli gladiatorów, no i oczywiście morze pieniędzy dla budżetu. Jako hasło wiodące dla takich uroczystości sugerowałbym, "Biurokraci wszystkich krajów łączcie się". Teraz na koniec poważnie. Swoją skromną i nieznaną osobę proponuję na stanowisko rzecznika prasowego takich igrzysk.