Pójdź, dziecię

Obiecałem swego czasu (felieton Informatyka, tyka, tyka), że nie będę używał brzydkiego słowa zaczynającego się na "i". Nie wiem, czy samocytowanie, jak powyżej, jest już użyciem czy też jeszcze nie. O tym zadecydują zapewne uczeni komputerowcy, rozważający problem procedur odwołujących się do samych siebie, ale temat edukacji komputerowej wydał mi się tak ważny, że postanowiłem poświęcić mu jeden felieton.

Obiecałem swego czasu (felieton Informatyka, tyka, tyka), że nie będę używał brzydkiego słowa zaczynającego się na "i". Nie wiem, czy samocytowanie, jak powyżej, jest już użyciem czy też jeszcze nie. O tym zadecydują zapewne uczeni komputerowcy, rozważający problem procedur odwołujących się do samych siebie, ale temat edukacji komputerowej wydał mi się tak ważny, że postanowiłem poświęcić mu jeden felieton.

Otóż nowoczesne dziecię, wybierając się do szkoły, ma zapewnione jak w banku, że gdy ją skończy, to z pewnością będzie używało komputera. No, może nie wszystkie dzieci, bo pomimo homeryckich wysiłków byłego premiera w popularyzowaniu komputeryzacji wsi, praca na roli w niewielkim stopniu zależy od mocy obliczeniowej procesorów. Raczej ma się proporcjonalnie do liczby posiadanych hektarów - jest efektywna, gdy uprawianych jest ich dużo. W Polsce ciągle jedna trzecia społeczeństwa mieszka na wsi, a wielkość średniego gospodarstwa jest mikroskopijna. Komputer do niczego przydać się tam nie może. Oczywiście duże farmy komputeryzują się, bo to jedyna droga postępu. Wygląda jednak na to, że w następne tysiąclecie wejdziemy z mniej więcej jedną czwartą społeczeństwa, która komputerów nie używa i tak naprawdę ich nie potrzebuje.

Na nic zdadzą się akcje typu "komputer podłączony do Internetu w każdej szkole gminnej", bo edukacja nie może zależeć od przypadkowego kontaktu z siecią. To mniej więcej tak, jak oglądanie egzotycznych zwierząt na kolorowych obrazkach w podręczniku biologii i powrót do szarej rzeczywistości z jedną świnką w chlewiku. Tak więc dziecięcia, które pójdzie do szkoły wiejskiej, wcale nie musimy kazać uczyć informatyki. Bo i po co?

Zresztą co za nauka to być może, skoro ewolucja sprzętu i systemów operacyjnych dokonuje się szybciej niż rotacja roczników szkolnych. Dobrze pamiętam, że gdy moje dzieci rozpoczynały naukę w liceum (a było to tylko kilka lat temu), to na zajęciach komputerowych głównie katowały DOS, tj. kopiowanie plików i zmianę katalogów. Córka tak się tymi lekcjami przejęła, że do dziś ma totalne obrzydzenie i nawet listów elektronicznych nie chce do ojca za ocean pisać. Zaś syn, owszem, wciągnął się, ale tylko dlatego że już wcześniej w domu bawił się komputerem i wiedział, iż to narzędzie wcale, ale to wcale nie musi być używane poprzez command line.

W jakimś sensie moja generacja, która komputer zobaczyła na żywo po raz pierwszy na studiach - okazy w Muzeum Techniki nie nadawały się do pracy - w gruncie rzeczy miała łatwiej. Niczego nam nie obrzydzono, a tylko narobiono smaku. Bardzo skutecznie, sądząc po liczbie kolegów, którzy dziś pracują w branży.

Wygląda więc na to, że kolejne pokolenie Polaków już na starcie do dorosłego życia będzie podzielone. Na tych, którzy znają, rozumieją i wiedzą, oraz tych, dla których komputer pozostanie miejską zabawką, świecidełkiem bez sensu. Szkoda, że o tym nie dyskutują politycy pragnący dokonać zmian w sytuacji polskiej wsi. Dotacje do cen skupu być może uratują część gospodarstw od nieuniknionego bankructwa, ale los wiejskich dzieci odciętych od zasobów Internetu nie jest godny pozazdroszczenia.

Dziś Janko Muzykant byłby Jankiem Programistą. Czy znajdzie wśród nas swoje miejsce za dwadzieścia lat?