Płatnik

Po pierwsze, trzeba dobrze rozumieć to słowo. Kiedy zaczynałem pracę w pewnej firmie, mianem płatnika określano osobnika płci dowolnej, którego zadaniem było przekazanie za pokwitowaniem pracownikom w ruchu ciągłym kwot należnych tytułem zaliczki lub wyrównania. Płatnik był więc osobą, która była co najmniej dwa razy w miesiącu wyczekiwana i witana z uśmiechem. Kapitalizm usunął tę funkcję i pracownicy muszą chodzić do banku, by pieniądze zarobione odstać, żeby dostać. Jeszcze trochę czasu minie, zanim nauczymy posługiwać się pieniądzem bezgotówkowym.

Po pierwsze, trzeba dobrze rozumieć to słowo. Kiedy zaczynałem pracę w pewnej firmie, mianem płatnika określano osobnika płci dowolnej, którego zadaniem było przekazanie za pokwitowaniem pracownikom w ruchu ciągłym kwot należnych tytułem zaliczki lub wyrównania. Płatnik był więc osobą, która była co najmniej dwa razy w miesiącu wyczekiwana i witana z uśmiechem. Kapitalizm usunął tę funkcję i pracownicy muszą chodzić do banku, by pieniądze zarobione odstać, żeby dostać. Jeszcze trochę czasu minie, zanim nauczymy posługiwać się pieniądzem bezgotówkowym.

Dziś też mamy płatnika. W zasadzie jest to nowoczesny Płatnik, którego możemy dostać i jeszcze dokupić. Rzeczony Płatnik znany jest z mediów, gdyż zapowiadano go, jak co najmniej przyjście zbawiciela. Przyszedł, spóźniwszy się o trzy tygodnie. Wciąż jednak pozostało ponad 10 dni - zwraca uwagę zleceniodawca i dystrybutor - ZUS. ZUS jest więc kryty; oni zdążyli, a jak jakiś klient nie zdążył, to jego problem. Znów ktoś zmienił reguły gry, dołożył pracy przedsiębiorcom, zepchnął skutki swojej fuszerki na jej ofiary, wiele obiecał i obietnic nie spełnił. I co? I nic. Słyszymy, że w pierwszym kwartale sprawy się ułożą i już za kilka miesięcy wszystko zaskoczy.

Kiedy padają zarzuty wobec wykonawców o "spartolenie" zamierzenia, odpowiedzią jest przypominanie prawd oczywistych o konieczności reform ubezpieczeń i o ich dziejowym znaczeniu. Słyszymy jedynie truizmy i stwierdzenia ewidentne. Trudno dziwić się tym, którym przychodzi się tłumaczyć. To niewygodna sytuacja. Dotyczy to także reformy służby zdrowia. W zamierzeniach tych przeoczono niezwykle podstawowe przygotowania. Trzeba sobie uzmysłowić wreszcie, że każda reforma czemuś służy. Służy klientom: pacjentom, lekarzom, ubezpieczającym się i funduszom emerytalnym. Przygotowania do wprowadzania zmian trzeba tak zorganizować, by klienci przed godziną "0" wiedzieli, co ich czeka, jakich formalności mają dopełnić, ile na to czasu potrzebują, jakimi mają (mogą) posłużyć się narzędziami, ile będzie ich to kosztować.

Już zaczynamy przyzwyczajać się do wiadomości, że gdzieś lekarz nie przyjął pacjenta, zażądał zapłaty za przyjazd pogotowia do osoby nieprzytomnej, nie wydał skierowania do specjalisty czy na operację itd. To wszystko ugruntowuje przekonanie, że można wszystko zepsuć i jakoś to będzie. Można nawet powiedzieć, że trudno było przewidzieć, że ludzie tłumnie przyjdą do ZUS. Jest to łatwo przewidzieć, jeśli się przewiduje. Jeśli nie tworzy i nie analizuje się scenariuszy rozwoju sytuacji, założenia muszą być nietrafne.

Znów przypomnę, co często powtarzam. Wszystkie nasze problemy biorą się z niedostatków kształcenia. Ciekaw jestem, ilu wśród twórców reformy było ludzi, którzy wiedzą, co oznacza sterowanie zamierzeniami (sterowanie projektami). Jestem przekonany, że kilku studentów byłoby w stanie uratować obraz reform, gdyby zaufać ich wiedzy i umiejętnościom.

Teraz przypomina mi się stary kawał. Towarzysza uświadamiającego lud o wyższości socjalizmu zapytał jeden z uczestników, kto to wymyślił: robotnicy czy uczeni. Otrzymał odpowiedź, że to dzieło robotników. Odpowiedź nie była dla niego zaskoczeniem. Gdyby było to dzieło uczonych, skomentował, wypróbowaliby je wpierw na małpach. Cóż, już zdążyliśmy przyzwyczaić się do tego, że ktoś na nas wciąż eksperymentuje.